Zawsze

Pablo Neruda

Wobec ciebie
nie jestem zazdrosny.

Przyjdź z mężczyzną
za plecami,
przyjdź mając ich stu we włosach,
przyjdź z tysiącem ich od piersi do stóp,
przyjdź jak rzeka
pełna topielców
na spotkanie ze wściekłym morzem,
wieczną pianą i burzą.

Przynieś ich wszystkich
tam gdzie czekam:
zawsze będziemy sami,
zawsze będziemy ty i ja
sami na ziemi
aby rozpocząć życie,

Przełożył Robert Stiller

Garncarz

Pablo Neruda

Całe twoje ciało ma
w sobie
przeznaczone mi naczynie lub słodycz.

Podnosząc rękę
trafiam wszędzie na gołębia,
co szukał mnie, jakby
ciebie, miłości, uczyniono z gliny
dla moich dłoni garncarskich.

Twoich kolan, twych piersi,
twej kibici
brakuje we mnie jakby w wydrążeniu
ziemi spragnionej,
od której oddzielono
formę,
a razem
jesteśmy całkowici jak jedna rzeka,
jak jedno ziarnko piasku.

Przełożył Robert Stiller

Ani ty moja

Lucjan Rydel

Ani ty moja, anim ja twój:
Próżno mi, Haniu, o tobie śnić!
Pryśnie marzenia pajęcza nić
I snów tęczowych prześni się rój,
Ja w swoją drogę, ty w swoją idź,
Próżno mi, Haniu, o tobie śnić.
Ani ty moja, anim ja twój!

Oczy

Lucjan Rydel
Pod trawami, co z wiatrem się trzęsą,
wieci głębia tej wody przeźrocze]
— Tak ukryte jaśnieją pod rzęsą
Twe głębokie i przejrzyste oczy.
Jak w tej wody niebieskim przeźroczu
Odbijają się niebios błękity
— Tak w niebieskim spojrzeniu twych oczu
Raj miłości jaśnieje odbity.

Wieczorny wiersz

Julian Tuwim

Czasem u szczytu ulic zachód żółtym blaskiem
Mury niebios rozwala na złomy płomienne.
Wtedy listopadowe wieczory warszawskie
Wieją wiosną i płyną, młodością wiosenne.

Ile łez we mnie było i ile miłości,
Ile westchnień i szczęścia w majowej ulewie,
I moich słów dla ciebie, i wielkiej czułości:
Wszystko z nieba powraca w dawnym, ciepłym wiewie.

I znowu idę lekki i nocą wezbrany,
Jakbym niósł liść wilgotny na sercu otwartem,
Wtedy w twoim miasteczku ciemniały kasztany,
Pachniał groszek pachnący na sercu pod paltem.

Płakać, jedyna moja, mogę tylko Tobie.
Ty zrozumiesz. Rozgrzeszysz spojrzeniem pokornym.
I wiosnę zakochanych znajdziesz w skromnym słowie,
I ciężką gorycz moją w tym wierszu wieczornym.

Noc

Julian Tuwim

Przyjdziesz nocą. Zostaniesz do rana
I otulisz mnie lekko ramiony.
Ja ci powiem: o, moja nieznana.
Ty mi powiesz: o, mój wytęskniony.

Będziesz moja. Ustami się wpije
W wargi twoje, od nocnych róż krwawsze,
Obłąkany szał szczęścia przeżyję,
Ale umrze coś we mnie na zawsze.

Zacałuję się sobą! W pierścieni
Splot drgający zakłuje twe ciało,
I uśniemy rozkoszą zmęczeni
I niepomni, że wszystko się stało.

Obudzimy się. Ciężką nienawiść
W głuchych duszach bez słów poczujemy
Zło nam w oczach zaświeci, jak zawiść,
I jak głaz będzie smutek nasz niemy.

Ale nocą znów przyjdziesz. Do rana
Będziesz słodko mnie tulić ramiony.
Ja ci powiem: o, moja nieznana!
Ty mi powiesz: o, mój wytęskniony!

Dziewczynom

Julian Tuwim

Zmęczone już jesteście. Wasze oczy ciemne
Słodki zmierzch wytęskniły dziewczęcą tęsknotą.
Słońce kona daleko... O, żale daremne
Dnia, co próżno odganiał zórz czerwone złoto!

Idźcie do domów swoich. Świec nie zapalajcie,
Bo wam miesiąc osrebrzy łagodnie świetlice.
Smutkom, bladym kochankom, nocą się oddajcie,
Dziewczyny mojej duszy, dziwne Tajemnice!

I śnijcie... A gdy rankiem zadrży brzask różowy,
Wdziejcie szare i proste, ze lnu tkane szaty,
Pomódlcie się dobrymi, dziewczęcymi słowy
I podlejcie w ogródkach swych zakwitłe kwiaty.

Do Magdaleny

Jan Kochanowski

Ukaż mi się, Magdaleno, ukaż twarz swoje,
Twarz, która prawie wyraża różą oboje.
Ukaż zloty włos powiewny, ukaż swe oczy
Gwiazdom równe, które prędki krąg nieba toczy.
Ukaż wdzięczne usta swoje, usta różane
Pereł pełne, ukaż piersi miernie wydane
I rękę alabastrową, w której zamknione
Serce moje. O głupie, o myśli szalone!
Czego ja pragnę? O co ja, nieszczęsny, stoję?
Patrząc na cię, wszytkę władzą straciłem swoje;
Mowy nie mam, płomień po mnie tajemny chodzi,
W uszu dźwięk, a noc dwoista oczy zachodzi.

Do Krokalidy

Jan Kochanowski

Słodkie są jabłka i gruszki,
figi i cukry i miody...
Wonny — rozmaryn i balsam,
a róża — wdzięcznej urody.

Lecz figi, jabłka ni gruszki
ni czary miodem nalane
ni cukry — nie są tak słodkie,
jak twe usteczka różane...

Rozmaryn, róża i balsam
z tak miłej woni nie słyną —
jak wonnym jest pocałunek
usteczek twoich — dziewczyno...

Rumieniec

Antoni Słonimski

Zarumieni się czoło, łzą sperli źrenica,
Wstydliwość drżącą ręką twoje oczy zmruży,
Kiedy spojrzę z lubością nie tajoną dłużej
Rozmiłowanym okiem w jasne twoje lica.

Ach, nie wiem, kiedy więcej mnie wzrok twój zachwyca,
Czy gdy świeży jak ranek, czy kiedy się znuży,
W rzęs koronkę się tuląc, jako listki róży,
Co śpi w rosy brylantach i w srebrze księżyca.

Gdym samotny — tęsknoty jeno łza mnie czeka...
Kiedy razem jesteśmy — smutek lica mroczy.
Niech zazdrośnie ci oczu nie skrywa powieka,

Niechaj się miłość nasza w wejrzeniu zjednoczy!
Jeśli ustom nie wolno, pozwól, choć z daleka,
Niech gorąco się czasem zejdą nasze oczy.

Oczy

Antoni Słonimski

Kiedy tylko otworzę oczy, to Cię widzę.
Włochy, Grecja i Egipt — to wszystko daremne.
Całemu światu dzisiaj przyznać się nie wstydzę —
Piękniejsze są Twe oczy, usta, włosy ciemne.

Czasami, upojony błękitem przeźroczy,
Błądząc okiem po morzu słodkim i po niebie,
Zapominam o wszystkim i zamykam oczy,
A kiedy zamknę oczy — znowu widzę Ciebie.

Pierwszy świt

Anna Achmatowa

Pierwszy świt — błogosławieństwo Boże —
Dotknął twarzy ukochanej blaskiem.
Śpiący zbladł, inaczej się ułożył,
Ale potem jeszcze mocniej zasnął.

Może pocałunkiem się wydało
Ciepłe tchnienie zesłane przez niebo...
O, jak dawno już nie całowałam
Miłych ust i smagłych ramion jego...

Teraz, od umarłych bezcieleśniej,
W mej wędrówce smutnej, nieustannej
Przylatuję doń dźwiękami pieśni,
Pieszczę tylko promykiem porannym.

Przełożyła Gina Gieysztor

Ofiarowanie

Teresa Ferenc

Tyś mi się pomieszał
ten dawny
z tym dzisiaj

Tyś mi ręce składał
Kazałeś powtarzać
"przyjdź miłości"

A kiedy wymodliłam ci
już cały ołtarz
rozrywasz mi ręce
i wołasz "odpocznij"

Miłość cię przerasta
Nie możesz jej unieść

A kiedy ktoś woła
ktoś składa mi ręce

chowam je zazdrosna
o płomyk dla ciebie

Kocham cię

Teresa Ferenc

Starzeją się najpierw oczy —

Kocham cię palcami
które widzą lepiej
kiedy je rozgarniasz
w kępy dzikiego ziela

Starzeje się najpierw szyja

Kocham cię gładkością policzka
bioder brzucha piersi
i nie boleję nad bruzdami szyi
które nam wspólnie
w pot zachodzą

Starzeję się najpierw

Kocham cię do osłupienia
języka i mowy
która nas złożyła
w jeden wspólny ogień

List bez adresu

Władysław Broniewski

Nie zostawiłaś mi nic,
kochanie:
Jerozolima, pic,
czekanie.

Nie wiem nawet, siwiejący blondyn,
czy zobaczę i ciebie, i Londyn.
Co dzień: koniak, tęsknota, malaria,
rzadziej wraca tamto imię: Maria.

Inaczej już nie potrafię:
co dzień wieczorem i rano
wyjmuję twą fotografię,
mówię: «Dzień dobry», «Dobranoc».

Zaglądam do pudełka,
skarbonki chwil, których nie ma,
w nim suche kwiatki i szkiełka:
poemat!

Szkiełkami rzucałaś w okno
«tam, gdzie pieprz rośnie»...
Dziś pieprzu listki w deszczu mokną
i jest nieznośnie.

A kwiatki przysłałaś w listach,
spalonych przed wyjazdem...
«Liryczny okultysta»,
patrzę w gwiazdy:

Nie ma Skorpiona,
ciebie nie ma,
wszystko skończone,
skończony poemat...

Pisałbym co dzień w airgraphie:
«Dzień dobry», «Dobranoc, miła»,
ale airgraph nie trafi,
jak miłość nie trafiła.

Wiersz ostatni

Władysław Broniewski

Tyś mnie kochała, ale nie tak,
jak kochać trzeba,
i szliśmy razem, ale nie w takt —
przebacz.

Ja jeszcze długo... Rok albo dwa.
Potem zapomnę.
Teraz, gdy boli, teraz, gdy trwa,
dzwonię podzwonne.

A tobie, miła, na co ten dzwon
brzmiący z oddali?
Miłość niewielka, błahy jej zgon,
i idziesz dalej.

Cóż mam od życia? — troskę i pieśń
(ciebie już nie ma).
Muszę im ufać, muszę je nieść,
pisać poemat.

Cóż mam od życia? — chyba już wiesz,
czujna i płocha? —
tylko ten smutek, tylko ten wiersz,
który mnie kocha.

Jaskółka

Władysław Broniewski

Napłynęła na mnie fala miłosna,
jak powódź, co lody znosi.
Ty nie jesteś już taka młoda, ale jak wiosna,
i kto ciebie o to prosił?

Może moje serce prosiło na klęczkach
w rozmaitych rozpaczach i klęskach,
całując z rozpaczą na spółkę
ciebie — jaskółkę?

A może te jaskółki w niebie,
podobne do ciebie,
latały, kwiliły i wylatały,
żebym był radosny i śmiały?

Jawność

Zbigniew Jerzyna

Kochaliśmy się jawnie Przy lampie odkrytej
Odlegli coraz bardziej Bardziej powiązani
Tym światłem rozszeptanym wieloma głosami
Choć pokój był zamknięty na ostatnią gwiazdę

I nic nas nie trwożyło Nawet krzyż okienny
Nawet noc budująca coraz słodsze piętno

Tylko jedno: ci obcy ludzie — Nasze Oczy

O czarodziejska

Zenon Przesmycki

O czarodziejska, święta uczuć urno,
W której miłości wieczny ogień płonie
Ponad ludzkości drogą ciężką, chmurną;

O lilio czysta, co rozlewasz wonie,
O harfo dźwięczna, co tłumisz walk zgrzyty,
O gwiazdo zbawcza w ciemności oponie,

O złote serce! O serce kobiety! —
Mimo mej zdrady, kochała mię zawsze;
Miałem najsłodsze jej uśmiechów świty,

I ócz spojrzenia najsłodsze, najłzawsze,
I całą duszę jej... Lecz czystą była,
A we mnie wrzały myśli coraz krwawsze,

Gdym widział, jak się z rozpaczą broniła
Od żądz Lanciotta... I raz w wieczór cichy
Przemogła mojej namiętności siła.

Wonniejsze jakieś były róż kielichy,
Fale szemrały, słońce łunę złota
Ostatnią w morze ciskało. Jak Psychy

Obraz, słuchała dziejów Lancelota,
Które—m jej czytał — senna, rozmarzona...
Nagle zbudziła ją tkliwa pieszczota,

Jam cały drżący cisnął ją do łona.
Drgnęła — wstać chciała — lecz zbrakło jej siły
I współomdlała padła mi w ramiona.

O upojenie, tak bliskie mogiły!

Bądź w moich oczach

Zbigniew Jerzyna

Bądź w moich oczach wiecznie utrwalona.
Poprzez cmentarze myśl umarłych świeci.
Bądź w moich oczach światło zapalone,
lampa, co płonie w niebo, w nieba dotyk.

Bo wokół rzeczy tyle chłodu niosą,
Morze i zwierzę chcą rozerwać brzegi.
Życie jest ziarnem co wypadło z kłosu
na ziemię suchą, na rozległe śniegi.

Bądź w moich oczach wiecznie utrwalona.
Tylko z miłości bywa kształt poczęty.
Bo tylko miłość jest wciąż osaczona
ciszą, która się wkoło jak las rodzi w śmierci.

Jej piersi

Zbigniew Jerzyna

Jej piersi — jakżem kochał w jej oddechu pośpiech.
I jej biodra — snów starych wróconą kołyskę.
W jej udach odbywałem najdłuższe podróże.

I kochałem jej głowy spadający owoc.
Jej włosy zadławiały wokół mnie powietrze.
Kochałem ją gwałtownie — jakbym gasił źródło.

Do mojej Elizy

Zygmunt Krasiński

Jam marzył niegdyś, żem na potęg szczycie,
Jam czuł się w natchnień nieskończonych niebie,
A jednak w niwecz przemamiłem życie
Dlatego tylko, żem nie kochał ciebie.

O, biada sercom, którym się wydaje,
Że grzechu żary młodości płomieniem —
Bo sperzynnieją ich nieba i raje
I gorycz wieczna będzie im istnieniem!

O, biada sercom przenamiętnym — zginą!
Choć i zestąpi anioł do ich doli,
Przyszłość ich struta przeszłości ich winą
I samo szczęście anielskie — je boli.

O, biada sercu mojemu, że żyło
O cierpkim, szału łzą zroszonym chlebie!
Mów mi, jedyna dziś duszy mej siło,
Czemu ja dawniej nie kochałem ciebie?

Od twej urody szły jakby promienie —
Czymściś, w postaci już wyanielałem
Świeciłaś oczom, jak świeci widzenie —
Czemuż ja dawniej ciebie nie kochałem!

Wyższy od ziemskich mętów nawałnicy,
Spokój przeczysty na twym czole białem
I przenajsłodsza rzewność w twej źrenicy —
Czemuż ja dawniej ciebie nie kochałem!

Lecz, kiedy słyszysz ujarzmionych dzieje,
Wnet błyskawica mknie ócz twych kryształem,
Każden rys twarzy twej bohatyrścieje —
Czemuż ja dawniej ciebie nie kochałem!

Znać, duch twój bólem nieskończonym ranny,
Znać, dłoń by twoja z świętym jęła szałem
Za miecz rycerskiej Orleanu Panny —
Czemuż ja dawniej ciebie nie kochałem!

Hełm jej by przypadł do kręgu twych skroni
Oko twe błysło jej ócz światłem całem,
Głos twój jej głosem by wołał: "Do broni!" —
Czemuż ja dawniej ciebie nie kochałem!

I tak, jak ona, szłabyś aż do końca,
Szłabyś pod oszczerstw i krzywd ludzkich zwałem
Wciąż czysta — śmiała — ofiarna — milcząca —
Czemuż ja dawniej ciebie nie kochałem!

O, bądź mi odtąd przewodniczką bytu!
O, bądź mi odtąd piękna ideałem!
Truciznym życia napił się do sytu,
A za to tylko, że cię nie kochałem!

Skarb moich potęg mi się rozpadł na nic,
Myśl się rozwiodła z natchniennym zapałem,
Jam zgasł i przewiądł od smętku bez granic —
A za to tylko, że cię nie kochałem!

I nieraz patrzę rozpaczy oczyma
W mą przeszłość, trupim leżącą powałem,
Z której mi czynów nieśmiertelnych nie ma,
A za to tylko, że cię nie kochałem! —

O, spojrzyj na mnie! — Tyś w górze — ja w dole —
Niech śmierć nie będzie na zawsze mym działem;
Dłoniami z czoła zdejm żywota bole,
Bo już na wieki ja cię ukochałem!

Za to, żeś duszą, z światłości uwianą,
Żeś całe sercem, prawdą zamieszkałem,
Żeś przenadobną i niepokalaną,
Ach, już na wieki ja cię ukochałem!

Za to, żeś wzgardą na pyszne orężna,
A smętne kochasz czuciem wiecznotrwałem,
Żeś przeciw wrogom tchnień Bożych ty mężna,
Ach, już na wieki ciebie ukochałem!

Baden-Baden, w dzień św. Elżbiety, 19 listopada 1857

Sonet

William Shakespeare

Jakże podobna zimie jest rozłąka
Z tobą, radości przelotnego roku!
Jakiż chłód czułem, w jakich żyłem mrokach!
Jaka grudniowa pustka była wokół!
A przecież właśnie przechodziło lato
I jesień płodna, cała w drogich plonach,
Niosąca wiosny urodzaj bogaty
Jak owdowiała i brzemienna żona.
Lecz dla mnie były te plony dojrzałe
Gorzkim owocem mego smutku tylko,
Bo czym bez ciebie jest lato wspaniałe?
Gdy ciebie nie ma, nawet ptaki milkną
Lub taki smutek rozbrzmiewa w ich śpiewie,
Że, drżąc przed zimą, liść blednie na drzewie.

Romeo i Julia

William Shakespeare

[...] Romeo:
To jest tortura, nie łaska. Tu niebo,
gdzie Julia żyje; kot każdy, pies każdy,
Nawet mysz drobna, która tutaj żyje,
Przebywa w niebie mogąc na nią patrzeć.
A ja nie mogę? Więcej więc wartości,
Więcej znaczenia, więcej szczęśliwości
Muchy mieć mają niż ma ich Romeo?
Im wolno siadać na przeczystej dłoni,
Na wargach Julii kraść najczystsze szczęście
Z tych ust dziewiczych pełnych pocałunków
Niedopełnionych; mnie tego nie wolno,
Bom jest wygnany. Muchom więcej wolno...
One swobodne, ja jestem wygnany. [...]

Przełożył Jarosław Iwaszkiewicz

Kim jest Sylwia?

William Shakespeare

Kim jest Sylwia? Czymże jest,
Że każdy przed nią klęka?
Z niebios chyba spłynął chrzest
Rozumu, wdzięku, piękna
W każdy rys jej, w każdy gest.

Skoro taki Sylwii czar,
Czy równe są jej łaski?
Wzrok jej to na proch by starł,
To znowu złote blaski
Nieci w nim miłosny żar.

Śpieszmy Sylwii hołdy nieść,
Śpiewajmy jak dzień długi;
Niech obiegnie ziemię wieść,
Że nie ma takiej drugiej;
Wijmy wieńce na jej cześć.

Przełożył Stanisław Barańczak

Niedoszłe spotkanie

Thomas Hardy

Nie przychodziłaś na spotkanie;
Czas wlókł się ale naprzód brnął niezmordowanie,
W odrętwienie zmieniając ból. Właściwie czemu
Czułem ten ból? Mniej sam brak ciebie; bardziej brak
W tobie tego współczucia, co potrafi przemóc
Opór z czystej dobroci serca: to mnie tak
Bolało, kiedy tykał swe zabójcze zdanie
Zegar: "Nie przyszła na spotkanie".
Tyś mnie naprawdę nie kochała
Nigdy — a tylko miłość potrafi się cała
Poddać władzy współczucia: wiedziałem i wiem.
Lecz czy nie było warto tak niewielkim kosztem —
Godziny, paru godzin — w zmaganiach ze złem
Wspomóc to, co w nas boskie, jednym ludzkim, prostym
Gestem: przyjściem, dowodem, żeś ranić nie chciała,
Choćbyś mnie nawet nie kochała?

Przełożył Stanisław Barańczak

Na peronie

Thomas Hardy

Ostatni pocałunek; zostałem u wejścia
Na peron, ona weszła nań — kolejne kroki
Zmniejszały ją w mych oczach, aż była drobniejsza
Niemal od kropki:

Punkt bieli, co migotał muślinowo-zwiewnie
U zbiegu zwężających się linii peronu,
Przez ludzkie rojowisko dotarłszy już pewnie
Do drzwi wagonu.

Omiatana przez latarń pobieżne spojrzenia,
Przesłaniana przez grupki obcych, które zwykła,
Nie nasza więź spajała — u kresu widzenia
Co chwilę nikła

I znów się pojawiała, aż ją całkowicie
Straciłem z oczu, plamkę bielejącą mętnie;
I tak ta, która była mi droższa nad życie,
Znikła doszczętnie...

Tak wiele wspólnych planów snuliśmy w tym lecie;
Wiedziałem: z nowym latem powróci, odziana
Może nawet w tę samą zwiewną biel — a przecież
Nie taka sama!

— I czemu trwasz, młodzieńcze, w żałobnym milczeniu,
Choć, skoro się kochacie, wrócą dawne szczęścia?
— Nic się nie zdarza dwakroć tak samo... a czemu,
Nie mam pojęcia!

Przełożył Stanisław Barańczak

Początek miłości

Rainer Maria Rilke

O, uśmiech, pierwszy uśmiech, ten nasz uśmiech.
Jakżeśmy czuli wspólnie; wdychać zapach lip,
wsłuchać się w ciszę parku — nagle wzajem
patrzeć na siebie, dziwić się — po uśmiech.

W owym uśmiechu było przypomnienie
zająca, który właśnie w tamtej stronie
igrał na łące; to było dzieciństwo
uśmiechu. Już poważniejszy się zdawał
ruch łabędzia, przydany mu, którego później
ujrzeliśmy, gdy dzielił staw na dwie połowy
cichego zmierzchu. — I skłony wierzchołków
wobec czystego, ubiegającego przyszłość
nocnego nieba, powściągnęły uśmiech
ukrócając go przed zachwyconą
przyszłością w twarzy.

Przełożył Mieczysław Jastrun

Wspomnienie

Julian Tuwim

Mimozami jesień się zaczyna,
złotawa, krucha i miła,
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna,
która do mnie na ulicę wychodziła.

Od twoich listów pachniało w sieni,
gdym wracał zdyszany ze szkoły,
a po ulicach w lekkiej jesieni
fruwały za mną jasne anioły.

Mimozami zwiędłość przypomina
nieśmiertelnik żółty — październik.
To ty, to ty, moja jedyna,
przychodziłaś wieczorem do cukierni.

Z przemodlenia, z przeomdlenia senny,
w parku płakałem szeptanymi słowy.
Księżyc z chmurek prześwitywał jesienny,
od mimozy złotej majowy.

Ach czułymi, przemiłymi snami
zasypialem z nim gasnącym o poranku,
w snach dawnymi bawiąc się wiosnami,
jak ta złota, jak ta wonna wiązanka.

O nas, zakochanych

Julian Tuwim

My — ze wszystkimi naszymi błędami,
Tu z jakąś winą, a ówdzie i z grzechem,
My, twardzi, szorstcy, nieprzejednani,
Z zaciśniętymi kamiennie pięściami —
Ach, mimo wszystko jesteśmy uśmiechem,
Ziemi majowej szczęśliwym oddechem,
Słońcem młodzieńczym na świeżej polanie,
Świtem, pachnącym igliwiem leśnym,
Ust niecierpliwych słodkim pośpiechem —
— Oto, kto my jesteśmy.

I takich właśnie — błądzących często,
Gniewnych, zaciekłych w Ostatnim Boju,
Tu z błędem smutnym, tam z winą ciężką,
Trudnych, surowych, ugrzęzłych w znoju,
Takich nas wspomni wieczne Zwycięstwo,
Wspomną stulecia szczęścia, pokoju —
Ale tak wspomną, jak się wspomina
Ziemi majowej tchnienie szczęśliwe,
Świt przesycony leśnym igliwiem,
I tę polanę... gdzie ta dziewczyna...
I ten wiersz do Niej... jak się zaczynał?...

Jakoś najtkliwiej i najboleśniej:
"Mglistą, daleką widzę cię we śnie,
Moja jedyna..."
— Oto, kto my jesteśmy.

Co nam zostało z tych lat

Julian Tuwim

Dawne dni, czułe dni
Wonią bzów przepojone,
Wiosną we krwi
Szumiał złoty nasz śpiew.
Dziś jesień łka,
Lecą dziś zwiędłe liście z drzew.
I bolesny sen mi się śni
Z nocy i dni
Minionych.
Co nam zostało z tych lat
Miłości pierwszej?
Zeschnięte liście i kwiat
W tomiku wierszy.
Wspomnienia czułe i szept,
I jasne łzy co nie schną,
I anioł smutku, co wszedł,
I tylko westchnął.
W jeden cień, w jeden dźwięk,
W jedną pieśń melancholii
Złączył nas los.
Płyńmy razem w tę dal,
Czy szczęście to, czy to śmierć
Czy serdeczny żal.
To na zawsze — zawsze już jest,
Nasze już jest,
Choć boli...
Co nam zostało z tych lat
Miłości pierwszej?
Zeschnięte liście i kwiat
W tomiku wierszy.
Wspomnienia czułe i szept
I jasne łzy co nie schną,
I anioł smutku, co wszedł,
I tylko westchnął.

Do miłości

Jan Kochanowski

Matko skrzydlatych Miłości,
Szafarko trosk i radości,
Wsiądź na swój wóz uzłocony,
Białym łabęciom zwierzony!
Puść się z nieba w snadnym biegu.
A staw się na wiślnym brzegu,
Gdzie ku twej cci ołtarz nowy
Stawię swą ręką darnowy.
Nie dam ci krwawej ofiary,
Bo co mają srogie dary
U boginiej dobrotliwej
Czynić i światu życzliwej?
Ale dam kadzidło wonne,
Które nam kraje postronne
Posyłają; dam i śliczne
Zioła w swych barwach rozliczne.
Masz fijołki, masz leliją.
Masz majeran i szałwiją,
Masz wdzięczny swój kwiat różany,
To biały, a to rumiany.
Tym cię błagam, o królowa
Bogatego Cypru, owa
Abo różne serca zgodzisz,
Abo i mnie wyswobodzisz.
Ale raczej nas oboje
Wzów pod złote jarzmo swoje;
W którym niechaj ci służywa,
Póki ja i ona żywa.
Przyzwól, o matko Miłości,
Szafarko trosk i radości!
Tak po świecie niechaj wszędzie
Twoja władza wieczna będzie!

Do Jadwigi

Jan Kochanowski

Wróć mi serce, Jadwigo, wróć mi, prze Boga,
A nie bądź przeciwko mnie tak barzo sroga,
Bo po prawdzie z samego serca krom ciała
Nie baczę, żebyś jaki pożytek miała;
A ja trudno mam być żyw, jeśłiże muszę
Stracić lepszą część siebie, a owszem, duszę.
Przeto uczyń tak dobrze: albo wróć moje,
Albo mi na to miejsce daj serce swoje!

Sen

Antoni Słonimski

Sny mamy jednakowe. Choć nas dzień rozłączy,
Uśpiony nocą idę przez miasto do ciebie,
Spotniałe ręce we śnie wyciągasz gorące,
Widząc cień mej postaci, płynący po niebie.

Przez ulice dalekie, przez mieszkania, strychy,
Skradam się nocną porą do twego pokoju
I na piersi wznoszone falą niepokoju
Spływa sen mój skrzydlaty, daleki i cichy.

Czy pamiętasz jezioro sitowiem obrosłe,
Gdzie znad czoła pył gwiezdny strząsałem paprocią?
Zachłyśnięty miłością i leśną wilgocią,
Ze środka stawu czarne podałem ci wiosło.

Trzymając się za ręce, patrząc w twarze blade,
W łodzi, niesionej nurtem gęstego jeziora,
Płyniemy w otchłań nocy, słyszymy kaskadę,
Która szumieć zaczyna każdego wieczora.

Nocą huczy nad nami jak sfera gwiaździsta,
Głusząc słowa i serca nam łamiąc ciężarem —
Ach, blednie, ginie; mija okolica mglista,
Wodospady nas niosą w milczące bezmiary.

Łódź nasza się rozbija na ławicy piasku,
Roztrąca nas i rzuca w obłąkaną jawę,
Gdzie ty, kryjąca oczy oślepłe od blasku,
Potrącasz niewidząca moje serce krwawe.

Okno

Antoni Słonimski

Żar południa dyszący z drzew soki wysysa,
Więdnie zżółkła akacja wśród spękanej gliny,
W martwej ciszy chorągiew ze szczytu ruiny,
Jako welon zemdlonej panny młodej, zwisa.

Na smukłego młodzieńca o cerze metysa
Patrzą pilnie z balkonu dwie blade dziewczyny.
Jak ananasy złote za szybą witryny,
Słodko nęci karminem ust wilgotnych rysa.

Pod balkonem, gdzie kręta wiodła go uliczka,
Caballero gdy przeszedł — czarna rękawiczka
Spadła do nóg, jak skrzydło rannego gołębia.

Piękne oczy drapieżne jak szpony jastrzębia
Podniósł w górę... Lęk oczy dziewczynie pogłębia,
Pierś faluje pod czarną koronką staniczka.

Ogniwa

Antoni Słonimski

Srebrna gwiazda zadrgała na niebie.
Pachnie rosa, benzyna i bzy.
Przytuleni idziemy do siebie
I ja czuję to samo co ty.

Słyszysz, wiatr, lekki wietrzyk szeleści,
Ale minie za chwilę już, wiem.
Wiem, że spokój, co płynie po mieście,
Jest nieprawdą i tylko jest snem.

Jeszcze teraz idziemy złączeni.
Usta czule otula nam mrok.
Nagle drgniemy we śnie obudzeni,
Jakby w pustkę we śnie trafił krok.

I znów dalej będziemy szli razem,
Lecz te więzy, ten łańcuch już pękł
W dwa ogniwa ciążące żelazem,
W te dwa serca, które czują lęk.

Nic się przecież, nic się nie zmieniło.
I wiem wszystko, i czuję jak ty,
Lecz osobno serce mi zabiło
I osobno serce twoje drży.

Pożegnanie

Adam Mickiewicz

Odpychasz mię? — czym twoje serce już postradał?
Lecz jam go nigdy nie miał; — czyli broni cnota?
Lecz ty pieścisz innego; — czy że nie dam złota?
Lecz jam go wprzódy nie dał, a ciebie posiadał.

I nie darmo; choć skarbów przed tobąm nie składał,
Ale mi drogo każda kupiona pieszczota,
Na wagę duszy mojej, pokojem żywota;
Dlaczegoż mię odpychasz? — nadaremniem badał.

Dziś odkrywam łakomstwo nowe w sercu twojem:
Pochwalnych wierszy chciałaś; marny pochwał dymie!
Dla nich więc igrasz z bliźnich szczęściem i pokojem?

Nie kupić Muzy! W każdym ślizgałem się rymie,
Gdym szedł na Parnas z lauru wieńczyć cię zawojem,
I ten wiersz wraz mi stwardniał, żem wspomniał twe imię

Pierwszy raz jam niewolnik

Adam Mickiewicz

Pierwszy raz jam niewolnik z mojej rad niewoli:
Patrzę na ciebie, z czoła nie znika pogoda,
Myślę o tobie, z myśli nie znika swoboda;
Kocham ciebie, a przecież serce mi nie boli.

Nieraz brałem za szczęście chwileczkę swawoli,
Nieraz mię obłąkała wyobraźnia młoda
Albo słówka zdradliwe i wdzięczna uroda,
Lecz wtenczas i rozkosznej złorzeczyłem doli.

Nawet owę, gdy owę kochałem niebiankę,
Ileż łez, jaki zapał, jaka niegdyś trwoga,
I żal teraz na sarnę imienia jej wzmiankę.

Z tobą tylko szczęśliwy, z tobą moja droga!
Bogu chwała, że taką zdarzył mi kochankę,
I kochance, że uczy chwalić Pana Boga.

Eros

Rainer Maria Rilke

Maski! Maski! Niech Eros oślepnie!
Kto wytrzyma jego wzrok promienny:
kiedy jak przesilenie letnie
przerywa prolog wiosenny.

Jak znienacka wśród zwykłej rozmowy
coś się zmienia, poważnieje... Coś krzyczy...
I on nagle rzuca lęk tajemniczy
jak świątyni wnętrze na ich głowy.

O, zgubieni, zgubieni niespodzianie,
Boskość chwyta w gwałtowne ramiona.
Los się rodzi, dawne życie kona.
A w głębi źródła łkanie.

Przełożył Mieczysław Jastrun

Cisza

Rainer Maria Rilke

Słyszysz, kochana, oto wznoszę dłonie —
słyszysz: ten ruch...
Wokół samotnych w każdej świata stronie
rzeczy zamieniają się w słuch.
Oto, kochana, przymykam powieki,
słyszysz ich szelest — ku tobie znak,
słyszysz, podnosząc je ruchem tak lekkim...
...Ale czemu ciebie tu brak.

Odbicie najmniejszego poruszenia
w jedwabnej ciszy staje się widome;
ślad niezniszczalny odciska wzruszenie
w zasłonie oddalenia nieruchomej.
Na mym oddechu unoszą się w krąg
gwiazdy na niebie.
Ku wargom moim płyną wonie łąk,
i poznaję przeguby rąk
dalekich aniołów.
Tylko tej, o której myślę: Ciebie
nie widzę.

Przełożyła Janina Brzostowska

Estera

Rainer Maria Rilke

Przez siedem dni służebna czesze co dzień
ślady umartwień i żałobny osad
popiołu, który ostał się w twych włosach;
rozpostrze je, wysuszy na swobodzie
i pachnidłami przeczystymi natrze.
I tak wciąż — dzień po dniu; póki nie nadszedł

ów moment, gdy (choć nikt cię nie przyzywał)
zerwałaś się i weszłaś jak nieżywa
w pałac, co groźnie wnętrza swe otwierał,
by tam — śród służek, co twych — śród służek, co twych kroków strzegą
na samym końcu drogi ujrzeć Tego,
którego kto dotyka, ten umiera.

Lśnił tak, że czułaś, jak od tego blasku
rubiny zapłonęły na twym czole.
Już naczyniona byłaś króla łaską
niby naczynie i już jego wolę

dźwigałaś, aż po brzeg wezbrana cała,
nim jeszcze w trzeciej sali weszłaś głąb,
gdzie zielonego malachitu ziąb
przeleciał cię. Aniś nie przypuszczała

iść taki świat we wszystkich tych kamieniach,
co cięższe zdały się od jego lśnienia,
a zimne od twej trwogi. Szłaś a szłaś —
Aż gdy nareszcie, ponad tobą, On,
wzrosły nad wielki z turmalinu tron
spiętrzył się, rzeczywisty niby głaz,
ze sług podjęła cię, co była z lewa,
aby, omdlałą, podwieść do siedzenia.
On końcem berła tknął cię od niechcenia
— a tyś pojęła to bez słowa, w trzewiach.

Wszystko

Julian Tuwim

Oddać ci wszystko: każdy sen i drgnienie,
Każdy nerw ciała, każdy ruch i krok!
Przeszłość — to tylko o tobie wspomnienie,
Przyszłość — to tylko twój najświętszy wzrok!

Oddać ci wszystko, każde pulsu tętno
I grosz ostatni, i ostatek sił,
Trwonić dla ciebie swą młodość namiętną
Znaczyć ci drogę — krwią serdeczną z żył!

Zaprzeć się! Bluźnić! Z Judaszem paktować!
Żwir na twej drodze w miękki piasek gryźć!
Natchnioną wiarą zakrzyczeć: "Ach prowadź!"
Gdy mi na własną zgubę każesz iść!

A potem — oddać ci ostatnie tchnienie
Skonać spokojnie, wiernie u twych nóg
I wstecz spojrzawszy wierzyć niewzruszenie,
Że tak — za Ciebiem tylko umrzeć mógł.

Sen

Julian Tuwim

Śniło mi się coś dziwnego:
Była aleja długa,
Akacje kwitły
(Białe akacje),
Pachniało.
Było modro... Było biało...
Słoneczna smuga
Po długiej biegła alei,
Był ranek... ranek wczesny,
Był szczęścia sen bezkresny,
Sen szczęścia i nadziei...
Kwitły akacje,
Pachniało,
Było modro... było biało...
Szedłem z oczyma na niebie,
Szedłem — jak gdybym do Ciebie
Szedł w dal...

Nie śniło mi się nic,
Nie śniło mi się nic,
Lecz gdyby mi się śniło,
Toby tak ślicznie było!...
A teraz — żal...

Na balkonie

Julian Tuwim

Stoję na balkonie,
Załamałem dłonie
I w kwietniowym niebie
Szary wzrok mój tonie.

Bzy mi zapachniały,
Żale mnie owiały,
Twarz mi ojedwabia
Wiew znieruchomiały.

Zmierzch się wiewem żali,
Żeśmy się rozstali,
Przymkniętymi oczy
Widzę ciebie w dali:

Stoisz na balkonie,
Załamałaś dłonie
I w kwietniowym niebie
Modry wzrok twój tonie.

Panny

Julian Tuwim

Panny z czarnych powozów, ażurowo-przejrzyste,
Panny smętnie przeciche, jak szeptania kościelne,
O, narcyzy z cieplarni! panny wonne i czyste!
Koronkowo-mistyczne,aksamitnie-subtelne!

Jakże lubię was, panny, "niedostępne" — ponętne!
Aromaty tajone! Kwiaty w czarnych powozach!
Trochę smutne jakoby, a na wpół uśmiechnięte,
O, przesmętne, prześliczne, jak motyle w mimozach!

Excusez... mam wrażenie, że... się hm! wampo nocach!
Parobkowie rzeźniccy śnią, jak lwy, muskularni,
Że się często atleci marzą w słodkich przemocach,
Silni, tędzy, ogromni... O, narcyzy z cieplarni!

"Lecz cóż Pana ochodzi, co po nocach nam śni się?!
To jest wprost... niesłychane, grubiańskie, bezczelne!..."
Nic... nic... więcej nie będę! — o, kochane skromnisie,
Aksamitno-misterne, koronkowo-subtelne!...

Do Anny

Jan Kochanowski

Wczora, czekając na twe obietnice
I zabywając niejako tesknice,
Napisałem ci krom rozmysłu wszego
Ten rym niegładki, skąd byś serca mego
Frasunek poznała i myśl utrapioną,
Anno, twoimi słowy zawiedzioną,
Bom ustawicznie rachował godziny
A szukał twego mieszkania przyczyny.
Chciałem li czytać, tom nic nie rozumiał;
Chciałem li zagrać, tom począć nie umiał.
Na koniec wziąwszy we mdłą rękę piórko
Pisałem: "Ojca prawdziwego córko
Nieprawie słowna!" — a w tym mię sen zmorzył,
Gniew upokoił, nadzieję umorzył.

Sen

Jan Kochanowski

Uciekałem przez sen w nocy,
Mając skrzydła ku pomocy,
Lecz mię miłość poimała,
Choć na nogach ołów miała.
Hanno, co to znamionuje?
Podobno mi praktykuje,
Że ja, będąc uwikłany
Tymi i owymi pany,
Wszytkich inszych łatwie zbędę —
Tobie służyć wiecznie będę.

Na pożegnanie mojej żony Janiny

Czesław Miłosz

Kobiety-żałobnice swoją siostrę oddawały ogniowi.
I ogień, ten sam na który patrzyliśmy razem.
Ona i ja, w małżeństwie długie lata.
Złączeni przysięgą na złe i dobre, ogień
Kominków zimą, kampingów, palących się miast,
Elementarny, czysty, z początków planety Ziemi,
Zdejmował jej włosy, strumieniejące, siwe,
Imał się ust i szyi, wchłaniał ją, ogień.
Do którego języki ludzkie porównują miłość.
Mnie było nie do języków. Ani do słów modlitwy.

Kochałem ją, nie wiedząc kim była naprawdę.
Zadawałem jej ból, goniąc za moją ułudą.
Zdradzałem ją z kobietami, jej jednej wierny.
Zaznaliśmy wiele szczęścia i wiele nieszczęścia.
Rozłąki, cudownych ocaleń. A tutaj ten popiół.
I morze bijące o brzegi kiedy idę pustą aleją.
I morze bijące o brzegi. I uniwersalność doświadczenia.
Jak bronić się przeciw nicości? Jaka moc
Przechowuje co było, jeżeli nie trwa pamięć?
Bo ja mało pamiętam. Tak bardzo mało pamiętam.
Zaiste, wrócenie chwil oznaczałoby Sąd Ostateczny,
Który nam Litość chyba odracza z dnia na dzień.

Ogień, wyzwolenie z ciężkości. Jabłko nie spada na ziemię.
Góra porusza się z miejsca. Za ogniem-kurtyną
Baranek stoi na łące niezniszczalnych form.
Dusze w czyśćcu goreją. Heraklit szalony
Patrzy jak płomień trawi fundamenty świata.
Czy wierzę w ciał zmartwychwstanie? Nie tego popiołu.
Wzywam, zaklinam: rozwiążcie się, elementy!
Ulatujcie w inne, niech przyjdzie, królestwo!
Za ogniem ziemskim złóżcie się na nowo!

Zaśpiew

Czesław Miłosz

Lustra, w których widziałam kolor moich ust,
Kto idzie tam, kto sobie dziwi się na nowo?
Naszyjniku z kamieni agatu, zgubiony i rozsypany,
Jaka mrówka ciebie odwiedza w rozrośniętym lesie?
Haftko oderwana w miłosnym pośpiechu
Leżysz na dnie jakiej wielkiej rzeki?
Płaczu mój, kiedy odchodził ode mnie przyjaciel,
Dlaczego ciebie przypomnieć nie mogę?
Wczoraj to było a nie wiem czy było.
Wybiegłam do szkoły a wracam o lasce, przygięta i sucha.
Siostry moje z rzymskich grobowców, chciałam być jedyna,
Ale zakrywają mnie, prowadzą mnie w te same wrota.

Życzenie

Czesław Miłosz

Towarzyszko serdeczna mojej wielkiej bitwy,
Ty, której wątłe ciało różowym promieniem
Przenika w moje oczy! Światłem przepasana
Ponad rozpaczą ziemską i nad ziemskim cieniem.

Towarzyszko serdeczna krwawego pochodu
Przez kraj ognia i wojny, powietrza i głodu,
Oby serc nam nie zmogły wołania niczyje!

Abyśmy, w młodym lecie brodząc po kolana,
Mówili, blask z niebiosów pijąc jak ze dzbana:
Posłuchaj, ludzkość żyje, nasza radość żyje.

Maria Magdalena i ja

Czesław Miłosz

Siedem duchów nieczystych Marii Magdaleny
Wygnanych z niej modlitwą przez Nauczyciela
Unosi się w powietrzu lotem nietoperzy,
Podczas gdy ona, z jedną nogą podwiniętą,
Drugą zgiętą w kolanie, siedzi zapatrzona
W wielki palec jej stopy i rzemień sandału
Jak gdyby po raz pierwszy dziw taki widziała.
Jej włos kasztanowaty zwija się w pierścienie
I okrywa jej plecy, silne, prawie męskie,
Kładąc się na ramieniu w ciemnomodrej sukni,
Pod którą nagość jej fosforyzuje.
Twarz jest ciężkawa, szyja głos matowy,
Niski, jakby ochrypły, przygotowująca.
Ale nie powie nic. Na zawsze pomiędzy
Żywiołem cielesności i drugim żywiołem,
Nadzieją, tak zostanie, a w kącie obrazu
Inicjały malarza, który jej pożądał.

Gucio zaczarowany

Czesław Miłosz

Między mną i nią był stół, na stole szklanka.
Spierzchnięta skóra jej łokci dotykała lśniącej powierzchni.
W której odbijał się zarys cienia pod pachą.
Kropla potu gęstniała nad falistą wargą.
A przestrzeń między mną i nią dzieliła się nieskończenie,
Hucząca pierzastymi strzałami Eleatów.
Nie wyczerpie jej rok ni sto lat podróży,
Gdybym przewrócił stół, co byśmy spełnili.
Ten akt, nie-akt, bo zawsze potencjalny
Jak zamiar wejścia w drzewo, w wodę, w minerały.
Ale ona też patrzyła na mnie jak na pierścienie Saturna
I wiedziała, że wiem, jak nikt nie dosięga.
Tak stanowiona była człowieczość i tkliwość.

Gra w zielone

Antoni Słonimski

Czy masz zielone? — Nigdy go nie zapominam...
A ty czy masz je? — Zawsze je na piersi noszę...
Wiem, jakie lubisz liście, zobacz tedy proszę.
Co dzień oto bez świeży w butonierkę wpinam.

Kochasz mnie jako wprzódy? Nicżeś nie zmieniona?
Nie zapomnisz mnie nigdy? — Nigdy nie zapomnę!
— Dziś o pamięć nie prosisz, oczy spuszczasz skromne
I chociaż nic nie mówisz, wiem... już gra skończona...

Lecz nie masz zielonego — wszak już dzisiaj pomnę,
Gdyś prosiła o pamięć, rzekłem: nie zapomnę...
I do końcam na piersiach nosił liść zielony.

Dzisiaj zbędny odpinam — zakład nasz skończony...
Owa gra osobliwa, w której bardziej bywa
Smutnym wygrywający niż ten, co przegrywa.

O pewnym przyjacielu

Antoni Słonimski

— Mój drogi — prosiłaś cicho,
Patrząc mi w oczy nieśmiele —
Będziemy żyli ze sobą
Naprawdę jak przyjaciele.

Lecz przyjaźń taka na pewno
Skończy się później czy prędzej.
Bo cóż mi to za przyjaciel,
Co nie pożycza pieniędzy?

I musi wracać do domu,
Gdy bije dziesiąta godzina.
I cóż mi to za przyjaciel,
Który nie pije wina?

I cóż mi to za przyjaciel,
Co nie wychodzi bez matki
Ma wachlarz, pióra na głowie
I jada tylko pomadki?

I cóż mi po przyjacielu,
Który ma parę warkoczy,
I ma najsłodsze usta
I najpiękniejsze oczy?

Między nami nic nie było

Adam Asnyk

Między nami nic nie było!
Żadnych zwierzeń, wyznań żadnych.
Nic nas z sobą nie łączyło —
Prócz wiosennych marzeń zdradnych;

Prócz tych woni, barw i blasków
Unoszących się w przestrzeni,
Prócz szumiących śpiewem lasków
I tej świeżej łąk zieleni!

Prócz tych kaskad i potoków
Zraszających każdy parów,
Prócz girlandy tęcz, obłoków,
Prócz natury słodkich czarów;

Prócz tych wspólnych, jasnych zdrojów,
Z których serce zachwyt piło,
Prócz pierwiosnków i powojów,
Między nami nic nie było!

Najpiękniejsze piosnki

Adam Asnyk

Najpiękniejszych moich piosnek
Nauczyła mnie dzieweczka,
Mistrzem bowiem były dla mnie
Harmonijne jej usteczka.

Te usteczka brzmiały zawsze
Jakąś piosnką świeżą, nową,
Każdy uśmiech był melodią,
Śpiewem było każde słowo.

Wszystko o czym serce śniło,
Wszystko, o czym nawet nie śni,
Odbijało się w jej oczach
I płynęło w słodkiej pieśni.

Więc mnie zawsze przy jej boku,
Wpatrzonego w jej oblicze,
Kołysały śpiewne mary,
Czarodziejskich brzmień słodycze.

Czegom uchem nie dosłyszał,
Tom z usteczek koralowych
Sam ustami swemi chwytał.

Ekskuza

Adam Mickiewicz

Nuciłem o miłostkach w rówienników tłumie;
Jedni mię pochwalili, a drudzy szeptali:
"Ten wieszcz kocha się tylko, męczy się i żali,
Nic innego nie czuje lub śpiewać nie umie."

"W dojrzalsze wchodząc, lata przy starszym rozumie,
Czemu serce płomykiem tak dziecinnym pali?
Czyliż mu na to wieszczy głos bogowie dali,
Aby o sobie tylko w każdej nucił dumie?"

Wielkomyślna przestroga! — wnet z górnymi duchy
Alcejski chwytam bardon, i strojem Ursyna
Ledwiem zaczął przegrywać, aż cała drużyna

Rozpierzchła się unosząc zadziwione słuchy;
Zrywam struny i w Letę ciskam bardon głuchy.
Taki wieszcz jaki słuchacz.

Luba! ja wzdycham...

Adam Mickiewicz

Luba! ja wzdycham, pamięć niebieskiej pieszczoty
Trują mi okropnego rozmyślania chwile.
Ach! może serce twoje, co cierpiało tyle,
Może, boję się wyrzec, pustoszą zgryzoty.

Luba, i cożeś winna, że twych ocząt groty
Tak palące, że usta śmieją się tak mile?
Zbyt ufałaś mej cnocie, zbyt swej własnej sile,
I nazbyt ognia Stwórca wlał w nasze istoty.

Przewalczyliśmy wiele i dni, i tygodni,
Młodzi, zawsze samotni, zawsze z sobą w parze,
I byliśmy oboje długo siebie godni.

Teraz, ach! pójdę łzami oblewać ołtarze,
Nie będę mojej żebrać przebaczenia zbrodni,
Tylko niech mię Bóg twoją zgryzotą nie karze.

Do Laury

Adam Mickiewicz

Ledwiem ciebie zobaczył, jużem się zapłonił,
W nieznanym oku dawnej znajomości pytał;
I z twych jagód wzajemny rumieniec wykwitał
Jak z róży, której piersi zaranek odsłonił.

Ledwieś piosnkę zaczęła, jużem łzy uronił,
"Twój głos wnikał do serca i za duszę chwytał;
Zdało się, że ją anioł po imieniu witał
I w zegar niebios chwilę zbawienia zadzwonił.

O luba! niech twe oczy przyznać się nie boją,
Jeśli cię mym spójrzeniem jeśli głosem wzruszę;
Nie dbam, że los i ludzie przeciwko nam stoją,

Że uciekać i kochać bez nadziei muszę.
Niech ślub ziemski innego darzy ręką twoją,
Tylko wyznaj, że Bóg mi. poślubił twą duszę.

Nie mów

Adam Asnyk

Nie mów, chociażbyś miał ginąć z pragnienia,
Że wszystkie źródła wyschły już bijące! —
Tyś gonił pustyń piaszczystych złudzenia,
A minął strumień na zielonej łące.

Nie mów, chociażbyś umierał z tęsknoty,
Że nie ma czystej miłości na ziemi! —
Tyś pewnie w drodze blask jej rzucił złoty,
Za ognikami zdążając błędnemi.

Nie mów, że wszystko, czegoś ty nie umiał
Odnaleźć w życiu — marą jest zwodniczą!
Zdrój czystych uciech będzie innym szumiał
I inne serce poił swą słodyczą.

Ta łza

Adam Asnyk

Ta łza, co z oczu twoich spływa,
Jak ogień pali moją duszę,
I wciąż mnie dręczy myśl straszliwa,
Że cię w nieszczęściu rzucić muszę.

Że cię zostawię tak znękaną,
I nic z win przeszłych nie odrobię —
Ta myśl jest wieczną serca raną,
I ścigać będzie jeszcze w grobie.

Myślałem, że nim rzucę ziemię,
Tych nieszczęść szala się przeważy,
Że z ramion ciężkie spadnie brzemię,
I ujrzę radość na twej twarzy.

Lecz, gdy los na to nie dozwoli,
Po cierniach w górę wciąż się wspinaj,
A choć winienem twej niedoli,
Miłości mojej nie przeklinaj!

Miłość

Czesław Miłosz

Miłość to znaczy popatrzeć na siebie,
Tak jak się patrzy na obce nam rzeczy,
Bo jesteś tylko jedną z rzeczy wielu.
A kto tak patrzy, choć sam o tym nie wie,
Ze zmartwień różnych swoje serce leczy,
Ptak mu i drzewo mówią: przyjacielu.

Wtedy i siebie, i rzeczy chce użyć,
Żeby stanęły w wypełnienia łunie.
To nic, że czasem nie wie, czemu służyć:
Nie ten najlepiej służy, kto rozumie.

Nieznajoma

Julian Tuwim

Wyglądasz zupełnie jak tajemnicza nieznajoma z wagonu.
Patrzę — i w myślach trzepoce mi romantyczne porwanie,
Tyle lat trwa moje słodkie nierozczarowanie,
Tyś moja — moja do zgonu.

Nie wiem, jak myśleć o tobie — a cóż dopiero Słowem
Chwycić cię w uścisk (z daleka) w złotej ulewie czułości!
Tymczasem pokój nawiało ciepłem powietrzem akacjowem
I, oddychając, śmieję się i płaczę z miłości...

Listy milosne

Julian Tuwim

Inkunabuły, papirusy, palimpsesty!
Słowa runiczne! Etruskie słowa!
Jak odcyfrować serca szyfr bolesny,
Hieroglificzne już dzisiaj gesty?
Jaki smutek! jaka żałoba!

A pamiętam, jak słówko po słówku,
Jak okrzyk po okrzyku, jak chwilkę po chwilce
Wbijałem w marmur karty drgającą stalówką:
Wiekopomnym moich cierpień rylcem.

Dom

Julian Tuwim

Wybuduję tobie dom zielony,
Dom zielony, bielony, brzozowy,
Do połowy winem ocieniony,
Malowany słońcem do połowy.

A w tym leśnym, w tym drzewnym kościele
Będzie kwitnąć twoje białe żeństwo,
Tam sprawimy wesołe wesele,
Odprawimy drzewne nabożeństwo.

Ledwo błyśnie i zapadnie ranek
Rosą, miętą, ptakami, oskołą,
Rozgłaskana wyśmiejesz na ganek
I zawołasz daleko, wesoło!

Do rozpuku odśmieję się w borze
I przybiegnę zadyszany w goście,
I szeroko ramiona otworzę
Dwojgu piersi w owocnym rozroście.

Będę z ziemi rósł wygałęziony,
Jeden z tobą, jak drzewne rodzeństwo,
I w gałęzie twych ramion wpleciony,
Wrosnę, wrosnę w twoje białe żeństwo!

Czyż nie jest ona piękną

Owidiusz

Czyż nie jest ona piękną, ponętną dziewczyną?
Czyż to nie jej pragnąłem w mych marzeniach zawsze?
Lecz na próżno trzymałem ją w swoich objęciach,
Bezsilny spoczywałem na nieczułym łożu.
Nie mogłem — choć pragnąłem i ona pragnęła —
Nieczułego podbrzusza lubej części użyć.
Ona zaś mi na szyję swe lśniące ramiona
Zarzuciła — od śniegu sitońskiego bielsze —
Gorących pocałunków gorliwym językiem
Nie szczędząc, udem tuląc się do mego uda,
Czułe słówka mi szepcąc, panem nazywając,
I co też tam miłego jej przyszło do głowy.
Lecz me ciało, jak tknięte mrożącą trucizną,
Ospałe, mych zamiarów nie chciało wypełnić.
Leżałem jak pień martwy, zjawa, ciężar zbędny,
Nie wiedząc czym jest ciałem, czy też ciała cieniem.
Jakaż starość mnie czeka — jeśli przyjdzie kiedyś —
Skoro młodość odmawia mi swych zwykłych darów?
Wstyd za wiek mój! Cóż ze mnie za mąż lub młodzieniec!
Nie zaznała mnie jako młodzieńca ni męża!
Tak czysta z łoża wstała jak kapłanka Westy,
Ognia strzegąca, albo jak od brata siostra.
A przecież płową Chlide niedawno dwa razy,
Trzykrotnie jasną Pitho i Libas kochałem.
Pamiętam jak Korynna jednej krótkiej nocy
Wymogła na mnie dziewięć potyczek miłosnych.
Czy moje członki słabną od tessalskich czarów?
Czy, nieszczęsnemu, szkodzą zioła i zaklęcia?
Czy wiedźma na figurce z wosku moje imię
Umieszcza i wątrobę przebija jej igłą?
Zaklęciem tknięte zboże bezpłodne się staje,
Czary sprawią, że w źródle może zbraknąć wody,
Z dębu spadną żołędzie, z winorośli grona.
Choć nikt nie tknie owoców — opadną na ziemię.
Czyż i członek nie może paść magii ofiarą?
Może jego nieczułość stąd właśnie się wzięła?
Do tego wstyd dołączył, jeszcze bardziej szkodząc.
On był drugą przyczyną mojej ułomności.
Jaką dziewczynę mogłem widzieć i dotykać!
Tak tylko jej tunika dotykać jej mogła.
Dotknąwszy jej i stary odmłodniałby Nestor,
Titonos sił by nabrał mimo lat sędziwych.
Ta mi przypadła, jej zaś nie przypadł mężczyzna!
O cóż mam teraz prosić w mych modlitwach nowych?
Wielcy bogowie pewnie żałują w tej chwili,
Że dar zesłali, którym tak szpetnie zmarnował.
Chciałem, by mnie przyjęła — i byłem przyjęty,
Pragnąłem pocałunków — dostałem; tuż przy niej
Chciałem leżeć — leżałem. I cóż mi stąd przyszło?
Byłem jak skąpiec, który swych bogactw nie tyka.
Tak Tantal pośród fali doznaje pragnienia
I owoce posiada, których nie dosięgnie.
Bo któż piękną dziewczynę rano tak opuszcza,
Że może bez wahania wstąpić w bogów progi?
Może nie te najsłodsze na mnie pocałunki
Trwoniła i nie całej swej użyła sztuki?
Ona, co swą pieszczotą mogłaby i dęby
Poruszyć, i stal twardą, i nieczułą skałę.
Z pewnością była godna żywego mężczyzny,
Lecz nie żyłem, nie byłem — jak przedtem — mężczyzną.
Jakaż radość, gdy Femios dla głuchych by śpiewał?
Cóż by ślepy Tamyras mógł mieć z malowidła?
Jakich to uciech w myślach z nią nie planowałem!
Jakich nie wymyślałem sposobów miłości!
A mimo to mój członek jak martwy spoczywał
Szpetnie — tak był omdlały jak wczorajsza róża.
I oto teraz wstaje, ożywa nie w porę
Jakby swej zwykłej walki znowu się domagał.
Cóż tak leżysz haniebnie, ma części najgorsza!
Już wcześniej się zawiodłem na twych obietnicach.
Ty gubisz swego pana. Przez ciebie bezsilny
Poniosłem smutne szkody, okryłem się wstydem.
Nie wzbraniała się nawet ciebie ma dziewczyna
Delikatnie swą ręką zachęcać do wstania.
Gdy spostrzegła, że żadną nie zbudzi cię sztuką,
Że — niepomny jej trudów — wciąż leżysz, tak rzekła:
"Czemu drwisz ze mnie? Któż ci, szalony, nakazał
Kłaść się do mego łoża, gdyś tego nie pragnął?
Albo twą kukłę z wełny kłuje czarownica,
Alboś przyszedł tu inną zmęczony miłością."
I wybiegła, okrywszy się luźną tuniką —
Cóż za widok: jej w pędzie odsłonięte nogi!
A by służki nie zgadły, że wyszła nietknięta,
Ukryła wstyd porażki przez wzięcie kąpieli.

Płaczcie nad moim losem

Owidiusz

Płaczcie nad moim losem! Tabliczki wróciły:
"Dziś niemożliwe" — mówią przeklęte litery.
Jak tu w znaki nie wierzyć? Kiedy Nape chciała
Odejść właśnie, palcami o próg zawadziła.
Gdy znów będziesz wychodzić, pamiętaj przekraczać
Próg ostrożnie i nogi podnosić wysoko!
Precz stąd, wstrętne tabliczki, drzewo pogrzebowe,
I ty wosku, pokryty odmowy znakami!
Ciebie pewnie zebrała na kwiecie cykuty
Pszczoła z Korsyki, plaster lepiąc na miód podły.
Jak zabarwiony minią kolor twój czerwony —
Ten kolor mi zaprawdę krew na myśl przywodził.
Rzucone na rozstajach leżcie — zbędne drewno —
I niech was koła wozów jadących rozkruszą!
Ten, co z drzewa was wyciął, by was używano,
Ręce miał — jestem pewien — sam skalane zbrodnią.
To drzewo kark wisielca dźwigało nieszczęsny,
A katu posłużyło jako krzyż złowieszczy.
Puszczykom też ochrypłym cienia użyczało,
Sowy i sępa jaja ten konar piastował.
A ja jemu, szalony, zwierzyłem sekrety
Miłosne, czułe słowa dałem nieść do pani!
Lepiej by wosk ten pozew ogłaszał sądowy,
Który by jakiś sędzia srogim głosem czytał;
Lepiej by te tabliczki wśród rachunków tkwiły,
Nad którymi by skąpiec płakał swojej straty.
Podwójność wasza — wiem już — złego była znakiem,
Sama liczba nie była tu pomyślną wróżbą.
O cóż prosić mam, gniewny? Niech was starość strawi,
A od pleśni plugawej niech wosk wasz zbieleje!

Krzyk

Julian Tuwim

Ja nie wiem, jak to było. Czy w drganiu świec półjasnem,
Czy w mrok, ku przerażeniu zdrętwiałych nagich ścian,
Lecz groźne niebo wtedy wisiało nad tym miastem,
Podarte, pobluzgane jak krwią z morderczych ran.

Stalowy łoskot walił po szynach tramwajami,
Kołami, kopytami po bruku turkot tłukł
I dwa miliony ludzi ruszały ulicami,
Jak z lufy tłumem strzelał przecznicy każdy róg.

A ostre, białe blaski nerwowo dygotały
W drucikach rozpalonych, w matowych kloszach lamp,
Splątały się kierunki i wir, i aut sygnały,
Jak film zdyszanym tempem skandował miejski jamb.

O, gdzieś Ty się zgubiła w tej ciżbie, w tym rozgwarze?
Jakimi ulicami i w której sukni szłaś?
Oczyma cię goniły te wszystkie obce twarze
I ja i ja, daleki, twój rozpłakany paź.

Oczyma cię goniły te wszystkie twarze obce,
Krzyczały Tobie: nie chodź! Krzyczały Tobie: nie!!
Zawarło sojusz Miasto z dalekim śmiesznym chłopcem
I wrzaskiem, trzaskiem, blaskiem smagało kroki twe!

Ty szłaś, ty szłaś, młodziutka, złotawa, falująca,
W wieczorze roztapiałaś fiołkowy z lęku wzrok,
Targała miastem wściekłość gorąca, kotłująca
I przestrzeń z bólu wyła, do krwi ją darł twój krok.

Jak myśl o aksamicie, jak cień jedwabnej sukni
Płynęłaś bezpamiętna, za krokiem krok twój nikł
I tylko coś dzwoniło, dzwoniło coraz smutniej:
Z daleka tak, z daleka mój święty dzwonił krzyk!

Piosenka

Julian Tuwim

Zadumy moje ciche, zadumy młodej skroni,
Powiedzcie jej, powiedzcie jej, że nie pamiętam o niej...
... Powiedzcie jej, powiedzcie, że bardzo tęsknię do niej.
Westchnienia me, westchnienia, popłyńcie tam gdzie ona,
Powiedzcie jej, powiedzcie, że nie wiem już, kto ona...
... Powiedzcie jej, powiedzcie, że serce z żalu kona.

Melodia

Julian Tuwim

Wszystko już było: przysięgi, listy i błagania,
Na pamięć i usta me, i słowa znasz,
I radość mą, i łkania.
Wszystko już było i miłość mroczny zasnuł cień,
Więc cóż ci powiem w smutny dzień rozstania?
Ktoś mi wszystkie słowa odjął,
Zabrał im sens i dźwięk,
Więc wołam cię melodią, melodią, melodią,
Jakie słowa drzemią pod nią,
Jaka w niej miłość drży!
Daję ci znak melodią,
Usta me szeptem skarg
Przez łzy tak się w niej modlą.
Nic już nie ożywi dawnych naszych snów,
Nic nie wskrzesi zwiędłych słów,
Może nuta samej piosnki
Miłość obudzi znów.

Wszystko, co będzie, już tylko smutnym wróci echem,
Milczeniem, wspomnieniem beznadziejnych snów,
Jesiennych dni uśmiechem.
Wszystko, co będzie, brzmieć będzie jak pęknięty dzwon
I kłamstwem będzie każdy ton i grzechem.
Ktoś mi wszystkie słowa odjął,
Zabrał im sens i dźwięk,
Więc wołam cię melodią, melodią, melodią.
Jakie słowa drzemią pod nią,
Jaka w niej miłość drży!
Daję ci znak melodią.
Usta me szeptem skarg
Przez łzy tak się w niej modlą.
Nic już nie ożywi dawnych naszych snów,
Nic nie wskrzesi zwiędłych słów.
Może nuta samej piosnki
Miłość obudzi znów.

Erotyk o bzach

Julian Tuwim

Bzy gęsto sterczą sztorcem,
Gruboziarniste i mokre,
Stokrotne, gotowym wierszem, radośnie rozrosłe bzy.
O szóstej rano wstałaś,
Dziewczyno z prężnym sercem,
I łamiesz, z miłości dla mnie, promieniejące bzy.
Tak wcześnie i już tak gorąco.
A cóż dopiero w południe,
Gdy jeszcze mocniej w nozdrza uderzą zerwane bzy!
Dziewczyno na palcach wspięta,
Której ręce tak czule,
Z taką nadzieją chwytają coraz pełniejsze gałęzie!
Dziewczyno bardzo szczęśliwa,
Z listem wycałowanym,
Z listem okrutnie krótkim,
Cóż na niemiłość poradzę?

Trzęsę się twoim szczęściem
I drżę jak targane bzy.

Akacje

Julian Tuwim

Białe akacje tchną wonią opiłą
Pod nocą srebrno — modrą,
Jak gdyby innych kwiatów nie było
I wcale być nie mogło.

Te ciemne liście i białe kwiecie
Szelestnym szemrzą szeptem,
Jak gdybym żadnych głosów na świecie
Nie słyszał nigdy przedtem.

Tak przez gałęzie lśnią gwiezdne dale
I taki cichy ten wieczór,
Jak gdybym jeszcze nie kochał wcale
I tylko Ciebie przeczuł.

Lato

Czesław Miłosz

Prowadziły mnie w słońcu lipca do muzeum Prado,
Prosto do sali, w której "Ogród Ziemskich Rozkoszy"
Był dla mnie przygotowany. Abym nad jego wody
Biegł i zanurzył się w nich i rozpoznał siebie.

Miało się ku końcowi dwudziestego wieku
W którym będę zamknięty jak mucha w bursztynie.
Byłem stary ale nozdrza moje pożądały nowych zapachów.
I przez pięć moich zmysłów dostawałem udział
W ich ziemi, prowadzących mnie, sióstr naszych i kochanek.

Jak lekko stąpają! Biodra ich w spodniach, nie w powłóczystych szatach,
stopy bose w sandałach, nie na koturnach,
włos ich nie spięty szylkretową klamrą.

Ale te same, odnawiające się, pod znakiem Luny, miesiąca,
W korowodzie, który sławi panią Wenus.

Ich ręce dotykały moich rąk i szły strojne
Jak o wczesnym poranku na początku świata.

Annalena

Czesław Miłosz

Lubiłem twoją aksamitną yoni, Annalena, długie podróże w delcie twoich nóg.

Dążenie w górę rzeki do twego bijącego serca przez coraz dziksze prądy sycone światłem chmielu i czarnych powojów.

I naszą gwałtowność i triumfalny śmiech i pośpieszne ubieranie się w środku nocy żeby iść kamiennymi schodami górnego miasta.

Oddech wstrzymany z podziwu i ciszy, porowatość zużytych głazów i portal katedry.

Za furtką do plebanii ułamki cegieł i chwasty, w ciemności dotyk szorstkich oskarpowań muru.

I później patrzenie z mostu na dół na sady kiedy pod księżycem każde drzewo osobne na swoim klęczniku, a z tajemnego wnętrza przyćmionych topoli stuka echo wodnej turbiny.

Komu opowiadamy co zdarzyło się nam na ziemi, dla kogo ustawiamy wszędzie wielkie lustra w nadziei że napełnią się i tak zostanie?

Zawsze niepewni czy to byliśmy ja i ty, Annalena, czy kochankowie bez imion na tabliczkach z baśniowej emalii.

Gdybym był młodszy

Adam Asnyk

Gdybym był młodszy, dziewczyno,
Gdybym był młodszy!
Piłbym, ach, wtenczas nie wino,
Lecz spojrzeń twoich najsłodszy
Nektar, dziewczyno!

Ty byś mnie kochała,
Jasny aniele...
Na tę myśl pierś mi zadrżała,
Bo widzę szczęścia za wiele,
Gdybyś kochała!

Gwiazd bym nie szukał na niebie
Ani miesiąca,
Ale bym patrzał na ciebie,
Boś więcej promieniejąca
Od gwiazd na niebie!

Wzgardziłbym słońca jasnością
I wiosny tchnieniem,
A żyłbym twoją miłością,
Boś ty jest moim natchnieniem
I słońc jasnością.

Ale już jestem ze stary,
Bym mógł, dzieweczko,
Zażądać serca ofiary,
Więc bawię tylko piosneczką,
Bom już za stary!

Uciekam od ciebie z dala,
Motylu złoty!
Bo duma mi nie pozwala
Cierpieć, więc pełen tęsknoty
Uciekam z dala.

Śmieję się i piję wino
Mieszane z łzami,
I patrzę, piękna dziewczyno,
W swą przeszłość pokrytą mgłami,
I pije wino...

Na początku nic nie było

Adam Asnyk

Na początku nic nie było,
Tylko przestrzeń ciemna, pusta;
Wtem jej czarne błysły oczy
i różowe, świeże usta.

Od jej spojrzeń, od rumieńca
Zajaśniała świateł zorza,
A gdy pierwsze rzekła słowo,
Ziemia wyszła z głębi morza.

Gdy przebiegła ziemię wzrokiem
Śląc jej uśmiech, rój skrzydlaty
Wzleciał ptaków i motyli,
A spod ziemi wyszły kwiaty.

Lecz nie istniał jeszcze człowiek,
Tylko martwa gliny bryła;
Aż nareszcie swym płomiennym
Pocałunkiem — mnie stworzyła.

I zbudziłem się do życia
W cudowności jasnym kraju.
Lecz mnie również, tak jak innych,
Wypędzono z tego raju.

Miłość jak słońce

Adam Asnyk

Miłość jak słońce: ogrzewa świat cały
I swoim blaskiem ożywia różanym,
W głębiach przepaści, w rozpadlinach skały
Dozwala kwiatom rozkwitnąć wiośnianym
I wyprowadza z martwych głazów łona
Coraz to nowe na przyszłość nasiona.

Miłość jak słońce: barwy uroczemi
Wszystko dokoła cudownie powleka;
Żywe piękności wydobywa z ziemi,
Z serca natury i z serca człowieka
I szary, mglisty widnokrąg istnienia
W przędzę z purpury i złota zamienia.

Miłość jak słońce: wywołuje burze,
Które grom niosą w ciemnościach spowity,
I tęczę pieśni wiesza na łez chmurze,
Gdy rozpłakana wzlatuje w błękity,
I znów z obłoków wyziera pogodnie,
Gdy burza we łzach zgasi swe pochodnie,

Miłość jak słońce: choć zajdzie w pomroce,
Jeszcze z blaskami srebrnego miesiąca
Powraca smutne rozpromieniać noce
I przez ciemność przedziera się drżąca,
Pełna tęsknoty cichej i żałoby,
By wieńczyć śpiące ruiny i groby.

Rezygnacja

Adam Asnyk

Wszystko skończone już pomiędzy nami,
I sny o szczęściu pierzchły bezpowrotnie;
Wziąłem już rozbrat z tęsknotą i łzami,
I żyć i umrzeć potrafię samotnie.

Dziś nic z mej piersi skargi nie dobędzie,
Nic jej nie przejmie zachwytem lub trwogą:
Nie wyda dźwięku rozbite narzędzie,
Pęknięte struny zadrżeć już nie mogą.

Nie ma boleści, co by mnie trwożyła,
Bo dzisiaj nawet w własny ból nie wierzę;
Ogniowa próba dla mnie się skończyła,
I do cierpiących więcej nie należę.

l żadne szczęście ziemskie mnie nie zwabi,
Żebym się po nie miał schylić ku ziemi...
I żaden zawód sił mych nie osłabi:
Przebytą męką panuję nad niemi.

Światowych uczuć nicość i obłuda
już mnie nie porwie swym chwilowym szałem:
Przestałem wierzyć w te fałszywe cuda,
Więc i zwątpieniu ulegać przestałem.

Z całego tłumu zmyślonych aniołów,
Połyskujących tęczą swoich skrzydeł,
Została tylko szara garść popiołów
I wiotkie nici porwanych już sideł.

Dziś jeden tylko duch mi towarzyszy,
Co rezygnacji nosi ziemskie miano;
On wszystkie burze na zawsze uciszy
I da mi zbroję w ogniu hartowaną.

W tej zbroi przejdę przez świat obojętnie,
Surowe prawdy życia mierżąc wzrokiem,
Ani się gniewem kiedy roznamiętnię,
Ani się ugnę przed losu wyrokiem.

Patrząc się z dala na kłamliwe rzesze,
Na ich zabiegi o błyskotki próżne,
Kamieniem na nie rzucić nie pośpieszę
I pobłażania jeszcze dam jałmużnę.

Niech się więc kończy owa sztuka ładna,
Co się zwie życiem, w cieniu cichej nocy,
Bo żadna rozpacz i nadzieja żadna
Nad mojem sercem nie ma już dziś mocy!

Pieśń ostatniego spotkania

Anna Achmatowa

Jak bezradnie serce się kurczyło,
A chód jeszcze był lekki i miękki,
Lecz na prawą dłoń nałożyłam
Rękawiczkę z mej lewej ręki.

Wydawało się: stopni tak wiele,
Lecz wiedziałam, że trzy, na pewno!
Pośród klonów jesienny szelest...
On poprosił: "O, umrzyj ze mną!

Oszukały, zabrały mi siły
Losy zmienne i nierozumne".
I odrzekłam: "O, miły, miły,
Mnie tak samo! I z tobą umrę..."

To jest pieśń ostatniego spotkania.
Popatrzyłam na dom w mrocznym cieniu.
Oświetlona tylko sypialnia
Obojętnej świecy płomieniem.

Przełożyła Gina Gieysztor

Wysoko w niebie chmurka

Anna Achmatowa

Wysoko w niebie chmurka zaszarzała
Wiewiórczą, płasko rozpostartą skórką.
Powiedział: "Nie żal mi twojego ciała,
W marcu roztopi się, krucha Sniegurko!"

W puszystej mufce lodowate dłonie.
Było mi strasznie, było mi okrutnie...
O, jak powrócić was, szybkie tygodnie
Jego miłości ulotnej, tak krótkiej!

Nie pragnę ani zemsty, ani bólu,
Niech umrę razem z ostatnią śnieżycą.
Jego wróżyłam w wigilię Trzech Króli
I jego miłą byłam cały styczeń.

Przełożył Seweryn Pollak

Pierwsza piosenka

Anna Achmatowa

Tajnego niespotkania
Odświętność tak jałowa.
Słowa nie powiedziane,
nie wymówione słowa.
Spojrzenia nie skrzyżowane
Co z sobą począć mają?
Łzy są tylko wygrane,
Że tak długo spływają.
Podmoskiewskiej tarniny
Jakieś w tym zawiłości...
Wszystko to nazwą inni
Nieśmiertelną miłością.

Przełożyła Eugenia Siemaszkiewicz

Erotyk

Julian Tuwim

Już się o grzechy noce proszą,
Już z wiosny znów jak z bólu krzyczę,
Nieubłaganą mnie rozkoszą
Zakuj w ramiona ratownicze!

A jeśli zacznę się na nowo
Wyrywać zbuntowanym ciałem,
Powiedz mi wreszcie pierwsze słowo,
Którego nigdy nie słyszałem.

Bo znów pogański samum wieje
W pędach, zawrotach, burzach, blaskach!
Pamiętaj: kiedy znów zdziczeję,
Odrzyj mnie z wichrów i ugłaskaj!

Kwiat

Julian Tuwim

Kwiat za oknem gwałtownie kwitł
W obawie, że się spóźni.
Wietrzyk, deszczyk, serce i mit
Pracowały jak w kuźni.

Noc, przychylna dla takich spraw,
Cieplała oranżerią,
I ty (co za szczęśliwy traf!)
Wzięłaś mnie raz na serio.

Współkwitnących, gorliwych ust
Niewyczerpany zasób
Szeptem wzmagał namiętny wzrost
I pomnażał w czwórnasób.

Aż zdyszany i cały w łzach
Ze wzruszenia i rosy
Eros — Helios — Apollo — Brzask
Lilią wychylił się z nocy.

Kobiece

Julian Tuwim

Z rzeki szła wczesna. Kochała.
Chyliła szczęśliwą głowę.
Pachniała porankiem ciała,
Mydłem migdałowem.

Ciału był wieczór w rzece,
Zielony i nimfowy,
Tylko głowie w białej spiece
Nad wodą był żar miodowy.

Teraz niosła kobiece
Znużenie zakochane,
Żeńskie pełne owoce
W toni wodnie widziane.

Niosła wiecznie kobiece
Ścieżką brzózek i cienia.
W zaroślach waliło serce
Tajnego zapatrzenia.

Pod surowym jedwabiem
Mdlały biodra brzozowe,
Ślizgało się po niej serce
Mydłem migdałowem.

Intymny wiersz

Julian Tuwim

Warto, warto żyć,
Wtedy pachniałaś bzami,
Dziś znowu kupiłem flakonik,
Roztarłem kroplę na dłoni
I przeszłość wieje nad nami
Bzami.
Warto, warto żyć.
Mgławo jest za oknami,
Zaraz listonosz zadzwoni,
Ustami przypadam do dłoni,
Całuje cień twojej woni...
Przyjdziesz — będziemy sami,
Jedyni i zakochani,
Chłonąc z czułością perfumy
W miłym uśmiechy intymnej zadumy:
"To my? Ja — i ty?"
Wiesz? Wzdycham... I przez łzy
Powtarzam: warto, warto żyć...

Irysy

Julian Tuwim

Ciemnych irysów dostałem pęk,
Nie wiem od kogo.
Serce me drżący ogarnął lęk,
Ciemnych irysów dostałem pęk
I patrzę na nie z dziecinną trwogą:
"Co też te kwiaty mi przynieść mogą?"
— Lęk.

I list dostałem. Słowa: "Bez słów"
Jeno w nim były.
...Jak tchnienie dawnych najdroższych bzów,
Żal mi przyniosły słowa: "Bez słów"...
Śród wspomnienia słodkiej bezsiły
Znów mi się oczy twoje przyśniły,
Znów...

Biologia

Julian Tuwim

Baby latem biodrzeją,
Soki w babach się grzeją,
Owoc żywy dojrzewa,
Lep żywiczny wre w drzewach.

Płeć się pławi płodziwa,
Buhaj ciołę pokrywa,
Mleczem tłustym się klei
W rozjuszonej nadziei.

Dyszy ziemia — kobyła,
Wymion dwoje w świat wzbiła,
Byk wiecznego żywota
Białym ślepiem żar miota.

Roztopiły się pola,
Roztopiła się rola
I w czarnoziem tętniący
Trysnął białun gorący.

Sumienie

Juliusz Słowacki

Przekląłem — i na wieki rzuciłem ją samą,
I wzburzony, nim księżyc zabłysnął wieczorem,
Jużem się od niej długim rozdzielił jeziorem.
A gdy się toń jeziora księżycową plamą
Osrebrzała, gdy wichry zawiewały chłodniej,
Jam jeszcze leciał — jeszcze uciekałem od niej.

I może bym zapomniał — bo koń leciał skoro.
Bo mi targały myśli tętniące kopyta.
Gdzie ona? — oszukana — przeklęta — zabita...
Wszak jęk tu nie doleci, wszak łez nie zobaczę.
Patrzę na niebo, księżyc, na gwiazdy, jezioro...
To jezioro — to fala — to nie ona płacze.

I może bym zapomniał... lecz gdy to spostrzegła
Blada światłość księżyca, krok w krok za mną biegła.
Próżno się zatokami wężowymi kręcę,
Wszędy mnie księżycowa kolumna dopadła,
Jakby się ta kobieta do stóp moich kładła
I niema płaczem, za mną wyciągała ręce.

Sonet

Juliusz Słowacki

Już północ — cień ponury pół świata okrywa,
A jeszcze serce zmysłom spoczynku nie daje,
Myśl za minionym szczęściem gonić nie przestaje,
Westchnienie po westchnieniu z piersi się wyrywa.

A choć znużone ciało we śnie odpoczywa,
To myśl znów ulatuje w snów i marzeń kraje,
Goni za marą, której szczęściu niedostaje,
A dusza przez sen nawet drugiej duszy wzywa.

Jest kwiat, co się otwiera pośród nocy cienia
I spogląda na księżyc, i miłe tchnie wonie,
Aż póki nie obaczy jutrzenki promienia.

Jest serce, co się kryjąc w zakrwawionym łonie,
W nocy tylko oddycha, w nocy we łzach tonie,
A w dzień pilnie ukrywa głębokie cierpienia.

Rezygnacja

Adam Mickiewicz

Nieszczęśliwy, kto próżno o wzajemność woła,
Nieszczęśliwszy jest, kogo próżne serce nudzi,
Lecz ten u mnie ze wszystkich nieszczęśliwszy ludzi,
Kto nie kocha, że kochał, zapomnieć nie zdoła.

Widząc jaskrawe oczy i bezwstydne czoła,
Pamiątkami zatruwa rozkosz, co go łudzi;
A jeśli wdzięk i cnota czucie w nim obudzi,
Nie śmie z przekwitłym sercem iść do stóp anioła.

Albo drugimi gardzi, albo siebie wini,
Minie ziemiankę, z drogi ustąpi bogini,
A na obiedwie patrząc żegna się z nadzieją.

I serce ma podobne do dawnej świątyni,
Spustoszałej niepogód i czasów koleją,
Gdzie bóstwo nie chce mieszkać, a ludzie nie śmieją.

Do Niemna

Adam Mickiewicz

Niemnie, domowa rzeko moja! gdzie są wody,
Które niegdyś czerpałem w niemowlęce dłonie,
Na których potem w dzikie pływałem ustronie,
Sercu niespokojnemu szukając ochłody?

Tu Laura, patrząc z chlubą na cień swej urody,
Lubiła włos zaplatać i zakwiecać skronie,
Tu obraz jej malowny w srebrnej fali łonie
Łzami nieraz mąciłem, zapaleniec młody.

Niemnie, domowa rzeko! gdzież są tamte zdroje,
A z nimi tyle szczęścia, nadziei tak wiele?
Kędy jest miłe latek dziecinnych wesele?

Gdzie milsze burzliwego wieku niepokoje?
Kędy jest Laura moja, gdzie są przyjaciele?...
Wszystko przeszło, a czemuż nie przejdą łzy moje!?

Strzelec

Adam Mickiewicz

Widziałem, jak dzień cały pośród letniej spieki
Błąkał się strzelec młody; stanął nad strumieniem,
Długo poglądał wkoło i rzecze z westchnieniem:
»Chcę ją widzieć, nim kraj ten opuszczę na wieki«

»Chcę widzieć nie widziany«. Wtem leci zza rzeki
Konna łowczyni strojna Dyjany odzieniem,
Wstrzymuje konia, staje, zwraca się wejrzeniem:
Zapewne jechał za nią towarzysz daleki.

Strzelec cofnął się, zadrżał i oczy Kaima
Zataczając po drodze, gorzko się uśmiechał,
Drżącą ręką broń nabił, dąsa się i zżyma,

Odszedł nieco, jakoby swej myśli zaniechał.
Wtem dojrzał mgłę kurzawy; wzniesioną broń trzyma,
Bierze na cel, mgła bliżej — lecz nikt nie nadjechał.

Jak powiedzieć "Kocham Cię" w 100 językach

afrykański - Ek het jou lief
albański - Te dua
angielski - I love you
arabski - Ana behibak (do mężczyzny)
arabski - Ana behibek (do kobiety)
armeński - Yes kez sirumem
bambara - M'bi fe
bengalski - Ami tomake bhalobashi (Amee toe-ma-kee bhalo-bashee)
białoruski - Ya tabe kahayu
bisaya - Nahigugma ako kanimo
bułgarski - Obicham te
cherokee - Tsi ge yu i
cheyenne - Ne mohotatse
chichewa - Ndimakukonda
chiński - Ngo oiy ney a
chorwacki - Volim te
czeski - Miluji te
duński - Jeg Elsker Dig
elvish - Amin mela lle
esperanto - Mi amas vin
estoński - Ma armastan sind
etiopski - Afgreki'
faroański - Eg elski teg
farsi - Doset daram
filipiński - Mahal kita
fiński - Mina rakastan sinua
francuski - Je t'aime, Je t'adore
galicyjski - Ta gra agam ort
grecki - S'agapo
gruziński - Mikvarhar
gujarati - Hoo thunay prem karoo choo
hawajski - Aloha Au Ia`oe
hindi - Hum Tumhe Pyar Karte hae
hiszpański - Te quiero / Te amo
hmong - Kuv hlub koj
holenderski - Ik hou van jou
hopi - Nu' umi unangwa'ta
indonezyjski - Saya cinta padamu
irlandzki - Taim i' ngra leat
islandzki - Eg elska tig
japoński - Aishiteru
jiddish - Ikh hob dikh
kambodżański - Soro lahn nhee ah
kataloński - T'estimo
koreański - Sarang Heyo
korsykański - Ti tengu caru
kreolski - Mi aime jou
libański - Bahibak
litewski - Tave myliu
łacina - Te amo
łotewski - Es tevi miilu
malajski - Saya cintakan mu / Aku cinta padamu
marathi - Me tula prem karto
marokański - Ana moajaba bik
mohawk - Kanbhik
navaho - Ayor anosh'ni
niemiecki - Ich liebe dich
norweski - Jeg Elsker Deg
perski - Doo-set daaram
polski - Kocham Cię
portugalski - Eu te amo
rosyjski - Ya tebya liubliu
rumuński - Te iubesc
serbski - Volim te
słowacki - Lu`bim ta
słoweński - Ljubim te
swahili - Ninapenda wewe
szkocki - Tha gra\dh agam ort
szwedzki - Jag alskar dig
tajlandzki Rak te
tamil - Nan unnai kathalikaraen
telugu - Nenu ninnu premistunnanu
turecki - Seni Seviyorum
ukraiński - Ya tebe kahayu
urdu - mai aap say pyaar karta hoo
walijski - 'Rwy'n dy garu di
węgierski - Szeretlek
wietnamski - Anh ye^u em (do kobiety)
wietnamski - Em ye^u anh (do mężczyzny)
włoski - Ti amo
yoruba - Mo ni fe

Prawo

Wincenty Faber

Co on w niej widzi. Co ona w nim widzi.
Oto jest prawo pierwszego olśnienia.
Tacy zwyczajni, jak wróble na piasku.
Jałowość piachu w ziarno się zamienia.

To dzięki tobie przywłaszczam krajobraz.
Z tobą ma dla mnie leśny smak powietrze.
I nie zaprzeczy temu odkrywaniu
naiwność naszych barw, gdy czas je zetrze.

Rzecz sprawiedliwa. Gdy widzialny świat
twoim imieniem po imieniu wołam.
Zachowaj prawo pierwszego olśnienia,
tak właśnie trzeba patrzeć dookoła.

Waga

Wincenty Faber

Twoje ciało
przepływa przez noc
jak na rzece wezbranej czółno.

Potem chwila
rozjaśnia się nagle
jakby słońce
uderzyło o północ.

Twoje ciało
a tak go niewiele
gdy się uścisk
w łagodność rozplata,
a jest szalą,
która równoważy
całą brutalność świata.

Polskie dziewice

Wincenty Pol

Trzeba widzieć, co za żywość,
Młodych Polek i uroda!
Tam wzrok szczery, tam poczciwość,
Tam po Bogu dusza młoda.
Boć to w cnocie i szczerocie
W wiejskim domku uchowane,
Wypieszczone, umuskane;
Niby dumne i dostojne,
A potulne jak trusiątka!
Niby dworne a pokorne,
Jakieś takie bogobojne,
Niby jakie niebożątka!

Myśl ich cicho w życiu świeci;
Pełne życia jak nadzieje;
Lubią pieśni, tańce, dzieci,
Wiosnę, kwiaty, stare dzieje.

Gdy wesołe — istne trzpiotki
I wiewiórki i szczebiotki!
Lecz gdy w smutku myśl zagrzebie,
Wówczas Polka taka rzewna:
Iż uwierzysz, że jej krewna
Najsmutniejsza z gwiazd na niebie!
Choć człek duszy jej nie zbadał,
Wkoło serca tak tam prawo,
Tak rozkosznie i tak łzawo,
Jakbyś grzechy wyspowiadał.
A gdy uśmiech łzę pokryje,
I dla ciebie serce bije,
To cię dojmie tak do żywa,
Iż to cudne, cudne dziwa,
Że ci serce nie rozpłynie,
Że od szczęścia człek nie zginie!
Zda się, że to żyjesz społem
Z rajskim dzieckiem, czy z aniołem.
Lecz to szczęście nie tak tanie,
Przeboleje dusza młoda;
Jednak łat i łez nie szkoda,
Bo raz w życiu to kochanie.
A jak ci się która poda
Z całej duszy i statecznie:
To już twoją będzie wiecznie.
I w ład pójdzie ci z nią życie,
Bo twej duszy nie wyziębi:
Ona sercem pojmie skrycie,
Co myśl wieku dźwiga w głębi:
Co się w czasie zrywa, waży,
To w rumieńcu na jej twarzy,
Jak w zwierciadle się odbije,
Bo w tern łonie przyszłość żyje.

Portret kobiecy

Wisława Szymborska

Musi być do wyboru.
Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło.
To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby.
Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare,
czarne, wesołe, bez powodu pełne łez.
Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie.
Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi.
Słaba, ale udźwignie.
Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.
Czyta Jaspersa i pisma kobiece.
Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most.
Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda.
Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,
własne pieniądze na podróż daleką i długą,
tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.
Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.
Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha, albo się uparła.
Na dobre, na niedobre i na litość boską.

Liryka

Antoni Słonimski

Wiem, piechotą będę szedł ze stacji,
Choćby ciemnym to było wieczorem.
Zbłądzić trudno, kolejowym torem
I na lewo od dwu drzew akacji.

Kwiat tytoniu w ciemności pachnący,
Miodny zapach końskiego nawozu
I daleko gdzieś gwizd parowozu
Długi, smętny, tęskliwie cichnący.

Tak jak nieraz to już było we śnie,
Poznam głos twój, gdy zapytasz: "Kto tu?"
I za gardło uchwyci boleśnie
Strach i rozpacz, i szczęście powrotu.

"Kto tu?" — spytasz. Powiem: "Ja — Antoni,
Tutaj jestem." Jeszcze krok, pół kroku.
I dłoń drżącą poczuję na skroni.
I usłyszę bicie serca w mroku.

"Nie myślałem, że cię tak przestraszę!
Nie pal światła, stójmy tak, w ciemności.
Po co patrzeć w oczy już nie nasze,
Kiedy serca biją jak w młodości?"

"Po coś wrócił? Tu źle." "Ja wiedziałem,
Lecz nie było dla mnie ukojenia,
Zostawiłem tu wszystko, co miałem,
Nasze wspólne młodzieńcze marzenia."

Z Odludków i poety

Aleksander Fredro

Miłość! miłość kobiety ma wszystko nagrodzić?
Miłoby to nam było tym snem się uwodzić,
Gdyby nie przebudzenie za bliskie niestety!
Wierzysz biedny kobietom, nie znasz co kobiety!
Kocha cię, mówisz, kocha? przysięgać ci będzie,
Życie swoje narazi w szalonym obłędzie,
Puszcza, byleby z tobą, powabem ją znęci,
Spokój, imię, majątek... wszystko ci poświęci;
Wtedy, tylu dowodom raz zaufasz przecie,
Uwierzysz, że nad ciebie nic już nie ma w świecie.
Pomyślisz, że i cnotą chcą się jeszcze szczycić,
Musi jak powój drzewa ciebie się uchwycić,
Ale nie! Sama nie wie, mniej czuła niż płocha,
Czy jutro kochać będzie tego co dziś kocha;
Ginie, kona dla ciebie... i nie zna po chwili.
Wtenczas, niech się twój umysł wstrzymywać ją nie sili;
Twoje prawa są niczem, twój gniew nic nie znaczy,
Z twoich wyrzutów się śmieje, cieszy się z rozpaczy.
O! ten, co swoje szczęście połączył z kobietą,
Chwycił gałąź bluszczową nad przepaścią skrytą:
Urywa się i pada, ginie wśród kamieni,
A na górze, blusz bluszczem, znowu się zieleni.

Przy winie

Wisława Szymborska

Spojrzał, dodał mi urody,
a ja wzięłam ją jak swoją.
Szczęśliwa, połknęłam gwiazdę.

Pozwoliłam się wymyślić
na podobieństwo odbicia
w jego oczach. Tańczę, tańczę
w zatrzęsieniu nagłych skrzydeł.

Stół jest stołem, wino winem
w kieliszku, co jest kieliszkiem
i stoi stojąc na stole.
A ja jestem urojona,
urojona nie do wiary,
urojona aż do krwi.

Mówię mu, co chce: o mrówkach
umierających z miłości
pod gwiazdozbiorem dmuchawca.
Przysięgam, że biała róża
pokropiona winem, śpiewa.

Śmieję się, przechylam głowę
ostrożnie, jakbym sprawdzała
wynalazek. Tańczę, tańczę
w zdumionej skórze, w objęciu,
które mnie stwarza.

Ewa z żebra, Wenus z piany,
Minerwa z głowy Jowisza
były bardziej rzeczywiste.

Kiedy on nie patrzy na mnie,
szukam swojego odbicia
na ścianie. I widzę tylko
gwóźdź, z którego zdjęto obraz.

Buffo

Wisława Szymborska

Najpierw minie nasza miłość,
potem sto i dwieście lat,
potem znów będziemy razem:

komediantka i komediant,
ulubieńcy publiczności,
odegrają nas w teatrze.

Mała farsa z kupletami,
trochę tańca, dużo śmiechu,
trafny rys obyczajowy
i oklaski.

Będziesz śmieszny nieodparcie
na tej scenie, z tą zazdrością,
w tym krawacie.

Moja głowa zawrócona,
moje serce i korona,
głupie serce pękające
i korona spadająca.

Będziemy się spotykali,
rozstawali, śmiech na sali,
siedem rzek, siedem gór
między sobą obmyślali.

I jakby nam było mało
rzeczywistych klęsk i cierpień
— dobijemy się słowami.

A potem się pokłonimy
i to będzie farsy kres.
Spektatorzy pójdą spać
ubawiwszy się do łez.

Oni będą ślicznie żyli,
oni miłość obłaskawią,
tygrys będzie jadł z ich ręki.

A my wiecznie jacyś tacy,
a my w czapkach z dzwoneczkami,
w ich dzwonienie barbarzyńsko
zasłuchani.

Niespodziane spotkanie

Wisława Szymborska

Jesteśmy bardzo uprzejmi dla siebie,
twierdzimy, że to miło spotkać się po latach.

Nasze tygrysy piją mleko.
Nasze jastrzębie chodzą pieszo.
Nasze rekiny toną w wodzie.
Nasze wilki ziewają przed otwartą klatką.

Nasze żmije otrząsnęły się z błyskawic,
małpy z natchnień, pawie z piór.
Nietoperze jakże dawno uleciały z naszych włosów.

Milkniemy w połowie zdania
bez ratunku uśmiechnięci.
Nasi ludzie
nie umieją mówić z sobą.

Ballada

Wisława Szymborska

To ballada o zabitej,
która nagle z krzesła wstała.

Ułożona w dobrej wierze,
napisana na papierze.

Przy nie zasłoniętym oknie,
w świetle lampy rzecz się miała.

Każdy, kto chciał, widzieć mógł.

Kiedy się zamknęły drzwi
i zabójca zbiegł ze schodów,
ona wstała tak jak żywi
nagłą ciszą obudzeni.

Ona wstała, rusza głową
i twardymi jak z pierścionka
oczami patrzy po kątach.

Nie unosi się w powietrzu,
ale po zwykłej podłodze,
po skrzypiących deskach stąpa.

Wszystkie po zabójcy ślady
pali w piecu. Aż do szczętu
fotografii, do imentu
sznurowadła z dna szuflady.

Ona nie jest uduszona.
Ona nie jest zastrzelona.
Niewidoczną śmierć poniosła.

Może dawać znaki życia,
płakać z różnych drobnych przyczyn,
nawet krzyczeć z przerażenia
na widok myszy.
Tak wiele
jest słabości i śmieszności
nietrudnych do podrobienia.

Ona wstała, jak się wstaje.

Ona chodzi, jak się chodzi.

Nawet śpiewa czesząc włosy,
które rosną.

Klucz

Wisława Szymborska

Był klucz i nagle nie ma klucza.
Jak dostaniemy się do domu?
Może ktoś znajdzie klucz zgubiony,
obejrzy go — i cóż mu po nim?
Idzie i w ręce go podrzuca
jak bryłkę żelaznego złomu.

Z miłością, jaką mam dla ciebie,
gdyby to samo się zdarzyło,
nie tylko nam: całemu światu
ubyłaby ta jedna miłość.
Na obcej podniesiona ręce
żadnego domu nie otworzy
i będzie formą, niczym więcej,
i niechaj rdza się nad nią sroży.

Nie z kart, nie z gwiazd, nie z krzyku pawia
taki horoskop się ustawia.

Warum

Władysław Broniewski

Miła, ja nie mam słów,
a miałem dość ich.
Nie wiem, skąd bierze się znów
ten lęk radości.

Czemu znów serce drży
jak wtedy wiosną,
a łzy zabłysły jak bzy,
co w Polsce rosną.

Tkliwość. I morza szum.
I noc co milczy.
Na Schumannowskie "Warum?" —
twój szept: "Najmilszy!..."

I trzebaż było tych mąk
i tej rozpaczy,
gdy dwoje splecionych rąk
tak wiele znaczy?

Szczęście

Władysław Broniewski

Rozmyślam coraz częściej
od pewnego wieczoru,
że chyba moje szczęście
jest zielonego koloru.

Więc niech ta zieleń we mnie rośnie
i niech mnie zewsząd otoczy
drapieżnie, zachłannie, miłośnie —
zieleń, jak twoje oczy.

Niech mi będzie życie
oceanicznym dnem,
gdzie pływają morskie straszydła
o włosach z wodorostów
— zielone! zielone niesamowicie! —
i gdzie wszystko jest snem.

Przeczytaj tę bajkę, nim uśniesz,
jeśli chcesz.
Szczęście? —
to co dzień dostać jeden uśmiech
i zwrócić jeden wiersz.

Moja miła

Władysław Broniewski

Ja już nie chcę poetycko łgać,
ja chcę widzieć to, na co patrzę,
a przy tobie — śmiać się i łkać,
i tak na zawsze.

Spojrzyj, miła, jaki biały śnieg,
nad nim błękit sklepiony jak kościół.
Chodź na nartach na tamten brzeg
radości.

W tym pokoju, pełnym słońca, bez krat,
dobrze sercu, ale za ciasno...
Wiesz, nie spałem tysiąc lat,
teraz chcę zasnąć.

Rozpalimy na szczytach gór
ogromne ognie,
będzie głód, pożoga i mór —
ty pomyśl o mnie.

Ja tak kocham, jak pada śnieg,
jak świeci Orion.
Nie ma drutów. Jest tamten brzeg —
krematorium.

Tobie

Zbigniew Jerzyna

Słońce pasie mną rozpacz. Morze ból przemienia.
Promień gwiazdy mnie spala — żłobi fakt istnienia.
Krew moja się przetacza do strumienia nocy.

Idę tak, jakbym patrzył — patrząc — stracił oczy.

Głowie mojej lecący ptak poskąpił cienia.
Więc mnie dziś zakryj ramion chłodną falą.
Nogami mnie zatrzaśnij, bym czuł: to jest ziemia.

Piersi twoje dwa źródła mojego pragnienia.

Kochanie

Zbigniew Jerzyna

Kochał ją jak mężczyzna Jeszcze bardziej kochał
Aż do bulu w ciemności Do skazy miłości

Kochał ją w każdym ciała pięknie i cierpieniu
Szedł w nią zmysłami Myślą Tlił się w jej płomieniu

Kochał ją jak się w geście lęku dotknie Ziemi
Albo gdy spojrzysz w niebo I twarz ci odmieni

Kochał ją za miłosną lekkość jej oddechu
Za światło wewnątrz dłoni W głosie za cień grzechu

Kochał ją także w sile w słabości i w gniewie
Kochał ją pocałunku listkiem w Wielkim Drzewie

Kochał ją pośród nocy gdy w śnie się zwierzała
Że umarła Bo sama siebie pokochała

Kochał ją gdy już mieczem byli rozdzieleni
Płaczem i jak krzyk niemy rozpęknięciem ziemi

Rada

Adam Asnyk

Utraciłeś, mówisz, spokój
I moralną równowagę
Dla dziewczęcia pięknych oczu.
Biedny chłopcze, miej odwagę!
Sam najlepiej zawyrokuj,
Czy to warto żyć spokojnie?
W mglistych, czystych snów przezroczu
Kąpać duszę bogobojnie?

Nigdy czoła nie zachmurzyć,
I nie doznać serca bicia,
Żyć bez szaleństw, pragnień, wzruszeń,
Pozorami mdłego życia?...
Lepiej, że się zacznie burzyć
Niepokojem pierś twa młoda.
Tęcza tęsknot, żądz, pokuszeń
Nowych blasków tobie doda!

Na twe troski znajdziem radę,
Tylko śmiało patrz jej w oczy,
Niech ten płomień, co z nich bucha,
Falą ognia cię otoczy.
A gdy w wzroku dojrzysz zdradę,
Gdy tęsknota wzrośnie w łonie,
Chcąc odzyskać spokój ducha,
Weź i ściśnij drobne dłonie!

Jeśli za to się obruszy,
I gdy twarz jej dotąd biała
Opromieni się różowo,
I gdy pierś jej będzie drżała —
Wtedy ratuj spokój duszy!
Uratujesz, jak Bóg w niebie,
Gdy wymówisz słodkie słowo:
— O najdroższa! Kocham ciebie!...

Jednak, jednak być to może,
Że ucieknie zapłoniona...
Na ucieczkę ty nie zważaj,
Bo powróci jeszcze ona.
Że powróci —głowę łożę.
Więc ty tylko bądź wytrwały,
Pierwszą próbą się nie zrażaj,
Bądź namiętny, tkliwy, śmiały.

I choć będziesz cierpiał, marzył,
Choć się ogniem pierś zapali,
Spokojności, ach! nie żałuj,
Lecz się jeszcze posuń dalej.
Gdy się będziesz przed nią skarżył
A ta śmiać się będzie pusta,
Weź za rączkę i pocałuj,
Lecz pocałuj w same usta!...

Karmelkowy wiersz

Adam Asnyk

Bywało dawniej, przed laty,
Sypałem wiersze i kwiaty
Wszystkim dziewczątkom,
Bom myślał, o piękne panie,
Że kwiat lub słowo zostanie
Dla was pamiątką.

Wierzyłem — zwyczajnie — młody
Że jeszcze nie wyszło z mody
Myśleć i czuć,
Że trocha serca kobiecie
Świetnej kariery na świecie
Nie może psuć.

Aniołków brałem na serio
I z śmieszną donkiszoterią
Wielbiłem lalki,
I gotów byłem, o zgrozo,
Za Dulcyneę z Tobozo
Stanąć do walki!

Lecz dziś komedię salonu,
Jak człowiek dobrego tonu,
Na wylot znam;
Z serca pożytek niewielki,
Więc mam w zapasie karmelki
Dla dam.

Anakreontyk

Adam Asnyk

Nie szczędź mi rajskich rozkoszy!
Różanych ustek nie żałuj!
Zanim się dzika myśl spłoszy,
Niebieska! Ty swoim wzrokiem
Zalej mnie blasków potokiem,
Bez końca pieść mnie i całuj!

Odpędzę widziadła wstrętne,
Ze śmiercią hardo się zmierzę,
Gdy w pocałunki namiętne
Roztopię duchową dzielność,
W rozkoszy tych nieśmiertelność,
W tę jedną, ach, tylko wierzę!

Przed twym ożywczym płomieniem
Dusza ma kielich otwiera,
Rozkwita z dziewiczym drżeniem
W świateł i woni obłoku,
W twych ustach i w twoim wzroku
Znajdując wieczność, umiera.

Eros zawstydzi się blady
Przed moich pragnień pożarem,
Wśród sennej życia biesiady
Pijąc nadziemskie słodycze,
Wszystkie łzy twoje przeliczę
Dobyte szczęścia nadmiarem.

A gdy się strawi doszczętnie
To życie nic już nie warte —
W ostatniej chwili, namiętnie,
Na twoim oparty łonie,
W nowe się blaski przesłonię,
Patrząc w twe oczy otwarte.

Do astronoma

Adam Naruszewicz

Bogdajś zdrów szperał szklanymi oczy
Po złotym niebianów domie,
Kędy się który gwiazd orszak toczy,
Ciekawy astronomie!

Wszystkieś wyprawił myśli do góry:
Tam dowcipnego cel smaku;
Dziwisz się cudom obcej natury,
A swojej nie znasz, prostaku!

Nie zajrzęć nieba, kiedy je sobie
I na tym znajdują świecie:
W twojej, Korynno wdzięczna, ozdobie,
W twoim dziedziczę portrecie.

Ni tak dzień miły, kiedy uśmiechem
Rozednisz wesołe lice;
Ni tak noc piękna, kiedy snem cichem
Żywe przy gasisz źrenice.

Z brwi twoich miłość cudniejsze pisze
Tęcze nad łuki promienne;
Z ust się szkarłaci, ustami dysze
Fosfor, nim światło da dzienne.

Widzieć i mleczną, acz ledwo mogę,
Rąbkiem kradzioną łakomem,
Na dwu nadobnych wzgóreczkach drogę —
Ach, chcę być astronomem!

Znoście mi wszystkie, mędrcy, lunety,
Bym w dalsze wszedł tajemnice,
Lecz w nich śmiertelnym wzrokom, niestety,
Bogowie dali granicę.

Za tą dwoistą metą Alcyda
Fortunne wyspy oblewa
Wdzięków ocean: prostak się wstyda,
Śmielszy tam z pociech omdlewa.

Obraz miłości

Adam Naruszewicz

Być zawsze prawu cudzemu poddanem,
Nigdy swych myśli, nigdy chęci panem;
To obiecywać, co wykonać trudno,
Zawsze się karmić nadzieją obłudną;

Strzec pilnie, czego ustrzec niepodobna,
Śmiać się w gromadzie, a wzdychać z osobna;
Nie mieć ulżenia w serdecznym uścisku,
Z lichwą pożyczać, a tracić bez zysku;

Ustawicznie się przepraszać i zwadzać,
Często przysięgać i przysięgi zdradzać;
Na przyjacielskie dąsać się przestrogi,
Przypinać sobie i drugiemu rogi;

Gniewy ponosić i niewieście fochy,
Czynić sąsiadom z siebie widok płochy;
Domu, przyjaciół, dzieci zaniedbywać,
Czytać błazeństwa lub fraszki pisywać;

Tłuc niepotrzebnie w dzień i w nocy bruki,
Morzyć snem, głodem konie i pajuki;
Wieczną koleją wieść wojnę z pokojem:
Takim ktoś Miłość odmalował strojem.

Erotyk jesienny

Agnieszka Herman

Mam na języku słony smak niespokojnej skóry.
Nie wiem co będzie jutro. Nie wiem czy będzie jutro.
Wnikasz we mnie gwałtownie. Zamknięta w łuku ramion
opieram się przeczuciom. Jest jesień. Drzewa płoną
rdzawo-czerwonym blaskiem, a może to świat płonie
i kiedy się zbudzimy nie będzie już niczego.
Takie masz ciepłe dłonie. Jak niewidomy uważnie
poznajesz mnie dotykiem. Czy palce widzą więcej?
Czy zanim wiatr się zerwie zdążymy zapamiętać
dojrzały obraz września? Słony smak twojej skóry?
Zapach perfum zza ucha zmieszany z mchu wilgocią?

Słońce liśćmi pocięte układa się na twarzach
w marmuru drżące wzory. Jest jesień. Dzień miodowy.
Jutro nas tu nie będzie. Jutro nas tu nie będzie.

Dawne, zabawne

Agnieszka Osiecka

Wróciły dziś do mnie nad ranem,
jak z nieba,
zgubione jaskółki
na długą niepamięć skazane
nasze dawne
zabawne
pocałunki.

Te znad rzeczki,
te z łąki,
te z lasu,
te pośpieszne, bo nie masz już czasu,
te gorące, zdyszane,
i te senne nad ranem,
te liryczne i śliczne,
i pornograficzne,
te kradzione od żony
i te kłamstwem słodzone,
tamte z klatki schodowej
i z windy,
te miętowe i te anyżkowe,
i te inne od innych,
a na końcu — te troszkę mokre od łez,
po których nie ma już śladu,
a przecież
jest.

Pornografia

Agnieszka Osiecka

Pornografio
czarnoksięska,
damsko-męska
kraino bezwstydnych snów,
pornografio,
czarna mapo
pełna białych plam,
to z tobą, w tobie
bez niepotrzebnych słów,
nadzwyczajnie szczęśliwie było nam.

Dziś,
gdy rozdzieliła nas
Bułgaria, Turcja, Grecja,
zostało, ach,
niewiele tak,
korespondencja:

Dziękuję za list.
Przepraszam, że nie mogę cię kochać.
Przepraszam, że dziękuję za list.

Pornografio,
kalkomanio,
miła manio,
wideo dla głodnych serc...
Pornografio,
ciepła chmuro,
chmuro, którą znam,
to z tobą, w tobie,
wśród aksamitnych wzgórz
niebotycznie szczęśliwie było nam.

Dziś
posłuszni racjom swym,
małżonkom,
sprawom,
szefom,
sięgamy po
ratunek wdów:
nocny telefon...

Dziękuję za noc.
Przepraszam, że nie mogę jej przyjąć.
Przepraszam, że dziękuję za noc.
Pornografio,
rękawiczko
fantastyczna,
zatoko łagodnych burz,
pornografio,
kameralna
scenografio ciał,
to z tobą, w tobie,
wśród niewidocznych zórz,
niewidoczne slow-foxy ktoś nam grał.

Dziś,
gdy los rozrzucił nas
jak karty albo kości,
zostało nam
niemało wszak —
dobro ludzkości...

Dziękuję za świat.
Przepraszam, że nie mogę go objąć.
Przepraszam, że dziękuję za świat.
Przepraszam, że przepraszam.

Rozmowa

Adam Mickiewicz

Kochanko moja! na co nam rozmowa?
Czemu, chcąc z tobą uczucia podzielać,
Nie mogę duszy prosto w duszę przelać?
Za co ją trzeba rozdrabiać na słowa,
Które nim słuch twój i serce dościgną,
W ustach wietrzeją, na powietrzu stygną?

Kocham, ach! kocham, po sto razy wołam,
A ty się smucisz i zaczynasz gniewać,
że ja kochania mojego nie zdołam
Dosyć wymówić, wyrazić, wyśpiewać;
I jak w letargu, nie widzę sposobu
Wydać znak życia, bym uniknął grobu.

Strudziłem usta daremnym u życiem,
Teraz je z twymi stopić chcę ustami.
I chcę rozmawiać tylko serca biciem,
I westchnieniami, i całowaniami.
I tak rozmawiać godziny, dni, lata,
Do końca świata i po końcu świata.

Sonet

Adam Asnyk

Jednego serca! Tak mało, tak mało,
Jednego serca trzeba mi na ziemi!
Co by przy moim miłością zadrżało,
A byłbym cichym pomiędzy cichemi.

Jednych ust trzeba! Skądbym wieczność całą
Pił napój szczęścia ustami mojemi,
I oczu dwoje, gdziebym patrzał śmiało
Widząc się świętym pomiędzy świętemi.

Jednego serca i rąk białych dwoje!
Co by mi oczy zasłoniły moje,
Bym zasnął słodko marząc o aniele,

Który mnie niesie w objęciach do nieba...
Jednego serca! Tak mało mi trzeba,
A jednak widzę, że żądam za wiele!

:o)

 
Pomóż zwiększyć popularność Poezji o Miłości.
Wystarczy, że skopiujesz poniższy kod i wkleisz go na własną stronę.